Kursy walut

Kursy NBP z 22-05-2012
walutaskupsprz.
USD3.36633.4343
EUR4.28904.3756
CHF3.57083.6430
JPY4.24174.3273
Meble metalowe
przejdź

giełda online

Zboża paszowe
cena netto zł/t
pszenica880-910
kukurydza870-930
owiesbrak ofert
jęczmień890-930
Śruty
rzepakowa1150
sojowabrak ofert
żródło:www.rolpetrol.com.pl
Szansa na sukces PDF Drukuj Email
Hodowca Bydła
Wpisany przez Jan M Fijor   

Jan Fijor 

Podtrzymuję swoją prognozę walutową sprzed pół roku: dolar, po osiągnięciu poziomu 3,91 zł, co przewidziałem pół roku temu (www. fijor. com) zmierza ku tegorocznemu minimum, które znajdzie się na poziomie gdzieś ok. 2,50 zł za jednego „waszyngtona”. Euro, po tym, jak pod koniec 2008 roku zbliżyło się do 5 złotych, powinno zamknąć rok 2009 na poziomie parytetu 3,90 – 4,00 zł. W następnym roku, obie waluty sięgną dna, odpowiednio: dolar zbliży się do 1,8 zł, a euro do 3 złotych. Z innych interesujących nas danych, WIG 20 zbliży się do 2500 punktów, a WIG przekroczy 40000. Zacznie powoli spadać inflacja, oprocentowanie kredytów i ceny, polska gospodarka będzie rozwijać się szybciej niż gospodarki pozostałych krajów Unii, nie mówiąc o Stanach Zjednoczonych.

Primum non nocere
 
 Wszystko to pod warunkiem, że rząd wycofa się z obiecywanych podwyżek podatków i nie ulegnie naciskom ze strony opozycji i związków zawodowych, domagających się silnej interwencji w gospodarkę. Jeśli jednak premier Tusk nie posłucha ministra Rostowskiego i wbrew teorii ekonomii zacznie stymulować konsumpcję, podnosić podatki czy to pośrednio (VAT, akcyzy) czy bezpośrednio i zadłużać budżet – złotówka popłynie w dół i skończy się sen o potędze. Pamiętać należy, że wbrew wypowiedziom posłów PiS (Natalii Świat czy Adama Hofmana) deficyt budżetowy, którego się wymienieni posłowie tak żarliwie domagają jest podatkiem i to jednym z najkosztowniejszych. Podatnik musi bowiem spłacić zarówno kapitał, jak i odsetki.
 Gołym okiem widać, że powściągliwa (jak chodzi o wydatki i walkę z kryzysem) polityka polskiego rządu nadal przynosi owoce. To nie przypadek, że jesteśmy jedynym krajem Unii Europejskiej, w którym ma miejsce wzrost gospodarczy, powolny, bo powolny, ale jednak. Spada nam bezrobocie, rośnie siła nabywcza złotego, jego parytet w stosunku do większości głównych walut świata, a co najważniejsze świat to dostrzega i zaczyna cenić. W niemieckim wydaniu Financial Times pisze o Polnische Wirtschaft, tym razem z podziwem i szacunkiem. W przeciwieństwie do naszych mediów i opozycji parlamentarnej, które albo nie rozumieją ekonomii, albo w straszeniu narodu dostrzegają swą szansę. Powołując się na pakiety stymulujące Obamy czy Sarkozy’ego dają świadectwo własnej ignorancji ekonomicznej, ubliżając równocześnie tym Polakom, który wzięli sprawy w swoje ręce i pokazują zagranicy, że droga do prosperity wiedzie nie przez socjal i socjalizm, lecz przedsiębiorczość, pracę i odwagę.
 To nie żaden przypadek, że jesteśmy jedynym krajem Unii Europejskiej, Europy chyba też, w którym notuje się wzrost gospodarczy. Polski rząd nie zwiększa wydatków, nie prowadzi absurdalnej polityki stymulowania konsumpcji i ekspansji kredytowej. Drgnęło także w prywatyzacji, zwłaszcza w sferach tradycyjnie „nie do ruszenia”, jak edukacja, służba zdrowia, a nawet media publiczne. Tylko w Polsce rząd wydaje się rozumieć, że stymulacja gospodarki przy pomocy samej konsumpcji, bez zachęty do oszczędzania i inwestowania, o czym Zachód wydaje się zapominać, prowadzi do pogłębienia kryzysu.
 Kryzys przeżywany przez niektóre branże czy upadek zakładów jest zjawiskiem netto pozytywnym, oznacza bowiem, że instytucje te są słabe i nie dają sobie rady. Bankructwo – zwracał uwagę noblista, Friedrich A. Hayek – uwalnia moce przerobowe zaangażowane dotąd w działalność nieopłacalną, która wymagała wsparcia ze strony podatnika.
 Celem gospodarki nie są miejsca pracy, lecz dobrobyt obywateli, dlatego żaden podmiot gospodarczy a nawet pojedynczy pracownik nie ma prawa domagać się, by inni Polacy wzięli go na swoje utrzymanie. Premier Tusk powinien wreszcie wziąć w obronę ciężko pracujących i wydajnych Polaków i wytłumaczyć masie roszczeniowej, że każda złotówka przekazana komukolwiek przez rząd musi zostać najpierw – przez ten sam rząd – skonfiskowana innym Polakom. Co gorsza, zabiera się tym, którzy budują majątek narodowy (w przeciwnym wypadku nie byłoby im czego zabierać), by dać leniom i nieudacznikom. Jeśli nie zaprzestaniemy rozdawania „słabym” tego, co państwo zabierze „silnym”, spadniemy na samo dno. Redystrybucja jest niemoralna, a przede wszystkim szkodliwa, gdyż oznacza wzmacnianie siły państwa, które jak wiadomo jest u nas niezdarne i potrafi zmarnować najbardziej owocne przedsięwzięcia.


Kolejka do Polski

 Są to słowa brutalne, ale właśnie przekonanie o prowadzeniu w Polsce takiej polityki przyciąga nad Wisłę coraz liczniejsze rzesze inwestorów i analityków finansowych z UE i USA. Chcą lokować swoje miliardy w kraju, w którym z kryzysem walczą dość dobrze wykształceni obywatele a nie – jak u nich – niedouczeni politycy; gdzie panuje powściągliwa polityka monetarna, sektor bankowy sobie radzi bez pomocy państwa i pieniądz rośnie na wartości. Niewiele jest dziś na globie takich miejsc. Polska wciąż do nich należy, dlatego stajemy się rajem dla zagranicznych inwestorów – uważa „Puls Biznesu”, ale także „Financial Times” i „Bloomberg”. W slangu światowej finansjery mówi się już nawet o polskim „aksamitnym” kryzysie. Pikanterii tej opinii dodają ostatnie statystyki Banku Światowego mówiące o tym, że gros korzyści z zachodnich programów stymulujących osiągają Indie, Chiny i właśnie Polska.
 Allen, Brytyjczyk reprezentujący jedną z największych producentów wyrobów perfumeryjnych, Ned z Irlandii (bioinżynieria) czy Yanni z Finlandii (branża farmaceutyczna) – to kilku spośród setek przedsiębiorców zachodnich, którzy mniej więcej od końca maja 2009 często w tajemnicy przed konkurencją a nawet swymi radami nadzorczymi, bez fanfar odwiedzają nasz kraj w poszukiwaniu sposobności inwestowania. Interesują się nami Niemcy, Anglicy, Rosjanie, Amerykanie, a nawet Koreańczycy z Południa, którzy wycofują się z Anglii i Hiszpanii, budując przyczółek na okres „po kryzysie” właśnie w Polsce. Rozmawiałem w ostatnim miesiącu z czterema przedstawicielami dużych firm zachodnich, wszyscy zapowiadają ekspansję kapitału zachodniego w Polsce, co oznacza inwestycje, silniejszy pieniądz, a przede wszystkim wzrost. Od tego czasu aprecjacja złotego wobec dolara wyniosła prawie 5 procent, wobec euro 4 procent.
 Zachodni biznes w poszukiwaniu lepszej lokaty dla swych inwestycji i ucieczki przed kryzysem szuka najkorzystniejszych opcji, Polska gospodarka do nich należy. Potwierdza to prezes Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji, Sławomir Majman. Regionem, który cieszy się podobnym zainteresowaniem, co my, są odległe Chiny, Indie, Wietnam i Kambodża. W Europie jest tylko Turcja, choć ustępuje nam zarówno pod względem atrakcyjności „monetarnej”, jak i politycznej; mają wysoką inflację, bezrobocie rzędu 15,5 procent, rządzą liberalnie, ale jednak fundamentaliści islamscy, w Polsce zaś od 20 lat nie mieliśmy rządu bardziej stabilnego i konsekwentniej (tout proportion garde) wolnorynkowego. Niższymi podatkami straszą Niemcy, może to być jedynie propaganda przedwyborcza, zwłaszcza, że mało mówi się nad Szprewą o cięciach w wydatkach, a więcej o ochronie miejsc pracy.


Kule u nogi

 Mimo powodów do optymizmu wciąż jest u nas za dużo regulacji, biurokracji i myślenia antykapitalistycznego. Za dużo też populizmu i kokieterii ze strony polityków, dbających bardziej o wizerunek w oczach wyborców niż o interesy większości obywateli. Za dużo prywaty i protestów, zamiast pracy i odpowiedzialności. Trudno zdecydować się na reformę KRUS, systemu wymiaru sprawiedliwości, cięć w finansach publicznych czy odebranie państwu wpływu na budowę dróg i poczty, z czym sobie wyraźnie nie radzi, nie mówiąc o rezygnacji z Euro 2012, które jest dla nas prawdziwą kulą u nogi. Nadal za dużo jest kontroli, promes, licencji i aktywistów związkowych, a co gorsze, niewiary w umiejętności i decyzje zwykłych, przedsiębiorczych ludzi. Pocieszające jest to, że Polakom mimo wszystko nie brakuje entuzjazmu – są głodni sukcesu, nie zrażają ich absurdy i przeciwności, nie przeraża nawet Wielki Kryzys. Stąd mój optymizm, jak chodzi o najbliższą przyszłość.

Jan M Fijor
www.fijor.com

Tags: na drugi rzut oka