| Licencjonowanie oszustów |
|
|
|
| Hodowca Bydła | |||
| Wpisany przez Elżbieta Biedrzycka | |||
|
Lew Rockwell, prezes Instytutu Misesa z Alabamy uważa, że pośpiech z jakim prokuratorzy Departamentu Sprawiedliwości starają się zakończyć tzw. sprawę Madoffa jest co najmniej podejrzany. Czyżby bali się precedensu, a może jest im po prostu niezręcznie?
Wiadomo już, że ofiary imperium inwestycyjnego Bernarda Madoffa mają prawo do składania roszczeń do 2 lipca 2009. Suma dotychczas zarejestrowanych roszczeń wynosi ok. 1 miliard dolarów, a więc zaledwie 2 procent tego, co z imperium „Berniego” wyparowało. Mimo to już w trzy miesiące od ujawnienia afery (grudzień 2008), akt oskarżenia jest gotowy i można go przejrzeć pod adresem Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć. . Dzięki wzorowej wręcz współpracy oskarżonego z prokuratorem federalnym, pełnemu przyznaniu się do winy i głośnemu biciu w piersi, a także umiejętnościom adwokatów Bernie Madoffa, jeden z największych przekrętów w dziejach świata, zakończy się symbolicznym wyrokiem więzienia, czyli w zasadzie ujdzie na sucho. Mimo, iż Madoff sprzeniewierzył 50 miliardów dolarów, większość jego rodzinnego majątku pozostanie nietknięta, „jako majątek żony Ruth”, a ofiary otrzymają groszowe odszkodowania, o ile w ogóle je otrzymają. Spisek to czy kpina ze sprawiedliwości? – pyta Sarah Chew, która na inwestycjach u Madoffa straciła ok. 1,5 miliona dolarów. System na którym opierało się oszustwo Madoffa to formuła znana od ponad 90 lat, a wymyślona w USA przez włoskiego imigranta, Carlo Ponziego, stąd jej nazwa: schemat Ponziego. Polsce jest ona raczej jako „ruletka argentyńska” albo „piramidka”. Carlo Ponzi wpadł na ten „cudowny” pomysł mnożenia pieniędzy w czasie odsiadki w amerykańskim więzieniu. Po wyjściu na wolność zaproponował od niechcenia jednemu ze swych sąsiadów, że jeśli ten pożyczy mu 20 dolarów, on po upływie 90 dni zwróci o połowę więcej, czyli 30 dolarów. Uradowany sąsiad na ofertę przystał. Podobnie postąpił Ponzi z kilkoma innymi znajomymi. Równo po trzech miesiącach, wypłacił swoje zobowiązania co do centa, a dokładniej: nie wypłacił, lecz je tylko uznał, gdyż „inwestorzy” zachęceni okazją zarobienia ponad 200 procent rocznie, postanowili pieniędzy od Carla nie zabierać przez kolejne tygodnie i miesiące. Wieść o hojności Ponziego obiegła bostońskie osiedla lotem błyskawicy. Wkrótce przed wejściem do jego firmy inwestycyjnej ustawiła się kolejka. Jedni wpłacali, inni rozkoszowali się wysokimi zyskami. Łatwo się domyślić, że te ostatnie pochodziły z wpłat od kolejnych „inwestorów”. Każda następna seria naiwnych finansowała serię poprzednią. Jak to możliwe zachodzą w głowę inwestorzy, eksperci komisji papierów wartościowych (SEC), FINRA (Financial Industry Regulatory Authority), a nawet prokuratorzy Departamentu Sprawiedliwości. Przy tak skrupulatnych regulacjach i ogromnej czujności Komisji Papierów Wartościowych nawet mysz nie jest w stanie się przecisnąć, o czym świadczy chociażby uwięzienie na blisko rok naszej rodaczki, Marthy Stewart, za to tylko, że wycofała swoją lokatę inwestycyjną wiedziona wyłącznie przeczuciem, które na jej nieszczęście było uzasadnione. Po rozpoczęciu „interesu” Nawet etatystycznie nastawieni ekonomiści (Paul Krugman, Joseph E. Stiglitz) nabierają przekonania, że regulacje państwowe niczemu nie służą, co nie przeszkadza im domagać się zwiększenia zakresu kontroli państwa nad giełdą, bankami i światem finansów, w ogóle. O ile motywy Krugmana i Stiglitza można zrozumieć, obaj nobliści nie ukrywają swoich sympatii do systemu socjalistycznego i domagają się po cichu upaństwowienia środków produkcji, o tyle trudno się dziwić większości amerykańskich i zachodnioeuropejskich ekonomistów i publicystów, którzy uważają, że przyczyną zła, którego symbolem stała się afera Bernarda Madoffa, a ostatnio podobna w wykonaniu jego młodszego kolegi, Allena Stanforda (piramidka za 1,6 miliarda dolarów) jest leseferyzm, czyli zbytnia wolność i duża swoboda działania uczestników rynku papierów wartościowych. Czy aby na pewno? Licencja czyni cuda – uważa Andrzej T., niedoszła ofiara „systemu Ponziego” zastosowanego kilka lat temu przez wspólników Warszawskiej Grupy Inwestycyjnej, znanej jako WGI. Wiedziony przeczuciem, którym była stara życiowa prawda, że „jeśli coś jest zbyt dobre, aby było prawdziwe”, to najczęściej prawdziwe nie jest. Mimo znakomitych wyników finansowych „na papierze” postanowił jednak swoją lokatę w WGI zlikwidować. Zmienił zadanie, dowiedziawszy się, że spółka, będąca do tej pory de facto spółką doradztwa finansowego, uzyskała licencję Komisji Papierów Wartościowych, która jej umożliwiła przekształcenie się w firmę maklerską.
Można by od biedy takie myślenie zrozumieć, gdyby organ udzielający licencji był jej gwarantem, czy jak kto woli: żyrantem. Tak jednak nie jest. Nie dość, że uprawnienie do udzielania licencji jest formą uzurpacji władzy przez osoby, które nie zostały nawet wybrane w wyborach powszechnych, to na dodatek żadna z nich – czy to urzędnik komisji papierów wartościowych, wydziału komunikacji udzielającego prawa jazdy czy placówki udzielającej pozwolenia na sprzedaż alkoholu – w żadnym kraju świata – nie bierze za skutki swego licencjonowania żadnej odpowiedzialności! Dlatego, licencja jest, co najwyżej, formą kontroli biznesu i jego opodatkowania i de facto więcej przynosi strat niż pożytku. Rozumiem, że nie wie o tym Kowalski, Smith czy Martel. Jak to jednak możliwe, że wśród ofiar piramidki znajdują się menadżerowie potężnych banków (Santander, Fortis, HSBC czy Unicredit), czy firm finansowych (Swiss re, Pioneer, KSM Capital), którzy powierzali oszustowi miliardy dolarów? Jan M Fijor
|






