Copyright 2017

W ubiegłym miesiącu pisałem o czynnikach mikroekonomicznych, które moim zdaniem mają wpływ na sytuację producentów jaj. Deklarowałem też, że kolejny materiał będzie o czynnikach makroekonomicznych – co niniejszym czynię.

 

 

Na pomoc przyszły mi serwisy informacyjne, które w minonych tygodniach opublikowały takie informacje:
„.. wynagrodzenie brutto w wysokości 3 521,67 zł pozwala zachować w portfelu jedynie ok. 2 tys. zł. Pracownik ponosi bowiem koszty składki zdrowotnej (273,50 zł), emerytalnej i rentowej (razem 396,54 zł) oraz chorobowej (86,28 zł.) Do tego dochodzi konieczność odprowadzenia podatku dochodowego, który w takich zarobkach kształtuje się na poziomie 245 zł. Zostaje więc dokładnie 2 520,35 zł netto. (..) (za: praca.wp.pl)
Wg tych wyliczeń wynika, że DOCHÓD (mam nadzieję, że znana jest różnica pomiędzy dochodem i przychodem?), który trzeba wygenerować na wynagrodzenia później jest odbierany z kieszeni pracownika w postaci różnych danin, na rzecz Państwa… Dochodzą do tego podatki pośrednie (VAT, akcyza, abonament).. Te pieniądze też trafiają do budżetu. Mogłoby się wydawać, że to w sumie nie jest aż takie straszne, gdyby nie to, że w cenie każdego produktu MUSI BYĆ MARŻA, która wygeneruje takie same dochody dla sprzedających, wożących, magazynujących, dostarczających itd., itp.
VAT (z ang. Value Added Tax – podatek od wartości dodanej, czyli od marży) na tym zyskuje. Skoro marża musi być wysoka, bo trzeba zarobić na koszty utrzymania pracownika, to automatycznie wartość podatku VAT rośnie! Oznacza to dla kupującego, że rosną jego nakłady na budżet.. Te pieniądze jednak nie trafiają do producenta, a więc nie powiększają jego puli na wynagrodzenia. Niskie wynagrodzenia wywołują presję cenową – prowadzącą do żądania niskich cen zakupu (bo trzeba wygenerować dużą marżę, żeby zarobić na koszty) OBŁĘD?!
Nie inaczej – to spirala, która unicestwia przedsiębiorczość i gospodarność. Demotywuje konstruktywne działania i powoduje coraz większe uzależnienie od „dotacji”, dopłat, refundacji itp. Producenci żywności często mówią, że bez dopłat opłacalności nie byłoby w ogóle.. Czyżby?
Dopłaty biorą się z budżetu, a budżet zasilają wasi klienci!! Gdyby nie musieli płacić wysokich danin, Wasze koszty zatrudnienia byłby niższe! Gdyby w kieszeni zatrudnionych, pracujących ludzi zostało więcej pieniędzy łatwo zaakceptowaliby wyższe ceny – to jest chyba oczywiste?!
Dzięki „hojności” rządzących (to bez znaczenia czy mamy na myśli polski rząd, czy Komisję Europejską) producenci żywności znaleźli się w stanie permanentnego uzależnienia od łaski urzędasów.

Na czym to polega?

Wyobraźmy sobie, że każdy statystyczny Polak ma do dyspozycji dodatkowo 1000zł (bo tyle zabiera Państwo „dla jego dobra”). Czy gdyby miał ten 100zł netto więcej mógłby się zgodzić na cenę w wysokości 0,70zł/jajko? Mam wrażenie, że nawet nie zauważyłby różnicy w swoim budżecie, a dla producentów, taka zmiana oznaczałaby RAJ. Jest jednak jeszcze inna możliwość – cena w ogóle nie musiałaby wzrastać, bo jednocześnie spadłyby koszty produkcji, transportu, magazynowania i sprzedaży!! Mogłoby się okazać, że cena skupu 0,30 zł/jajko pokrywa wszystkie koszty i jeszcze zostaje spory zysk! Jak to możliwe? Dostawcy, którzy nie musieliby „zarabiać” na swoje wysokie koszty, zadowoliliby się niższymi cenami. To takie proste!
Jednocześnie jednak chyba niemożliwe do zrobienia w naszej obecnej rzeczywistości, bowiem kilkanaście lat temu wkroczyliśmy dumnie na drogę Euro-Socjalizmu (przystąpienie do UE nie jest wcale początkiem tej drogi) i odwrotu nie ma. Jedynym sposobem, jaki wydaje się możliwy jest upadek systemu, którego większość Polaków zaciekle broni przy każdym głosowaniu do parlamentu (takiego czy innego). Jak broni? Przez domaganie się „pomocy” w takiej czy innej formie.
Dopłaty, których „wywalczeniem” tak się szczycą Euro-Deputowani i polski rząd są niczym innym, jak drenażem polskiej gospodarki. Dlaczego? Bo dopłaty są częściowe i wymagają wkładu własnego, a jednocześnie celowe, więc przyznawane na to, co Unia uzna za celowe! Tak więc możesz się rozwijać, ale tylko w kierunku wskazanym przez Euro Urzędasów! Pozornie masz wybór, realnie masz tylko koszty. Musisz zainwestować swoje (nawet jeśli pożyczone od banku) pieniądze i dołożyć się do subsydiów, bo jak powiedziała Małgorzata Tatcher „Rząd nie ma żadnych własnych pieniędzy”, a więc składka, jaką płacimy pochodzi z haraczu, jaki rękami pracodawców od swoich pracowników rząd pobiera w postaci podatków, składek, abonamentów i akcyzy.
Tak więc skala makroekonomiczna zjawiska opłacalności produkcji sięga zależności podatkowych, które eskalują koszty, minimalizują dochody i ograniczają możliwości wyboru, a czasami wręcz go uniemożliwiają (jak np. ZUS). Dopóki ktoś nie powie DOŚĆ, dopóty będziemy w tym zaklętym kole niskiej opłacalności.. Nadzieja w tym, że dojdziemy w końcu do sytuacji, w której będziemy umieli podjąć działania podobne do społeczeństwa Islandii!


Robert Nowakowski