Copyright 2017

01 czerwca 2012 na Sympozjum Drobiarskim w Zakopanem miałem zaszczyt wygłosić krótkie wystąpienie „Poprawa wizerunku intensywnej produkcji drobiarskiej”. Nie mogę opublikować go na łamach Hodowcy Drobiu, bo zdradzam w nim kilka tajemnic warsztatu pracy dziennikarskiej. Zależało mi jednak, by znajomość niektórych niuansów redakcyjnych pozwoliła drobiarzom uniknąć nieprzyjemności w kontaktach z mediami.


W tydzień po powrocie z Sympozjum zgłosił się do mnie fotoreporter z Ciechanowa. Niezależny „wolny strzelec” i zaoferował swoje zdjęcia z ferm z okolic Szreńska. Poprosiłem o próbki i przerażony tym, co zobaczyłem, postanowiłem wykupić całą sesję na wyłączność.


Co wzbudziło moje przerażenie? Zobaczyłem na zdjęciach wszystko to, czym epatują opinię publiczną wszelkiej maści zieloni i obrońcy zwierząt. To właśnie takie obiekty psują wizerunek całej branży. W naszych czasach w mediach sprzedaje się krew i seks. Tak jest i nie mamy na to żadnego wpływu. Mamy natomiast wpływ na własny wizerunek. Dlatego nie może tak być, że zupełnie obcy gość wchodzi bez problemu na teren ferm, robi zdjęcia, gdzie chce i w dodatku utrwala na nich „syf i malarię”. W dodatku jedna z „bohaterek” sesji należy do działacza związkowego z północnego Mazowsza, którego nazwisko i adres łatwo znaleźć w internecie szukając kontaktu z hodowcami. Zupełnie nie rozumiem jak będąc aktywistą związkowym, można tak łatwo wystawiać się „na strzał”.


Tym razem fotki odkupiła redakcja pisma przychylnego branży drobiarskiej. Ale co będzie, gdy takie zdjęcia wykorzysta dziennikarz wrogi hodowli wielkotowarowej? Albo zielony aktywista – wyznawca kultu Gaja? Pytanie pozostawiam pod rozwagę wszystkim uczestnikom produkcji drobiarskiej.
Wspomnianą na wstępie prezentację o wizerunku chętnie przedstawię na zamkniętych spotkaniach hodowców. Kontakt przez Redakcję.



Piotr Lisiecki