Drukuj

Jan M Fijor
www.fijor.com

 

Straszy profesor Gomułka, straszy profesor Orłowski, już nawet premier Donald Tusk straszy. Grozi nam tragedia, inflacja, upadek gospodarczy, PKB spadnie do zera, będzie głód, chłód, zgrzytanie zębów. Niemcy się załamią, a jak Niemcy są załamane, to my wszyscy będziemy załamani. Staną fabryki, staną trolejbusy, krowy przestaną dawać mleko. Straszą przywódcy, straszą autorytety i straszą media. Jedni powtarzają te strachy bezmyślnie za drugimi.

 

 

Powód?
Upadek euro!


Trzeba więc twardych męskich decyzji. Jakich? Poświęcenia, determinacji, a nade wszystko władzy i pieniędzy, dla wybranych. Jak już przekażemy nasze oszczędności politykom i pozwolimy im na działanie, wówczas… Czy wtedy euro nie upadnie? Tego nie wiadomo, ale na pewno „rynki się uspokoją”.
A ja się nie boję. Co więcej, uważam, że tzw. normalnym ludziom nie stanie się nic, albo prawie nic. No, bo spójrzmy uczciwie na sytuację. Upadek euro nie oznacza konfiskaty majątku, lecz jedynie wymianę przelicznika istniejących walorów na nowe. Tak, jak to się dzieje podczas wymiany pieniędzy czy chociażby w czasie denominacji. Nowe pieniądze, to jest wydatek, trudność, ale żeby aż miała z tego powodu upaść gospodarka europejska? Euro to przelicznik, kawałek papieru, który jest wart mniej więcej tyle, ile warte są zasoby gospodarcze danego kraju czy regionu. Upadek euro nie doprowadzi do zamknięcia BMW, BP, AXA czy KGHM. Jeśli nawet nastąpi deflacja tych zasobów, to dotyczyć ona będzie proporcjonalnie całej gospodarki. Możemy mieć mniej pieniędzy, które będą warte tyle, ile obecnie albo nawet więcej. Ktoś miał na koncie w banku 10000 euro, po upadku będzie miał na koncie 180 tys. szylingów austriackich, 20 tysięcy dojczmarek, czy 90 tys. złotych.
Jeśli nowy kurs drachmy będzie – jak piszą w raporcie ING straszaki z Holandii – o 80 procent niższy niż w chwili, gdy Grecja przechodziła na euro, to dlatego, że euro greckie jest już obecnie warte 20 procent tego, co było warte niegdyś. W kilku krajach z euro zrobiono strzępek pieniądza i pod tym względem nic się nie zmieni. Jeśli ktoś coś straci, to nie dlatego, że upadnie euro, ale dlatego, że machinacje polityków z pieniądzem i z samą gospodarką doprowadziły do takiej deprecjacji zasobów, że nie są one już warte tyle, ile były warte niegdyś. Europa, przy pomocy Stanów Zjednoczonych, z powodu ręcznego sterowania ludzką pracą, manipulacji monetarnych, wskutek miriady* zakazów, nakazów i innych absurdalnych regulacji, z powodu gigantycznych podatków i coraz większego aparatu państwowego przestała być potęgą gospodarczą. Straciła swoją konkurencyjność i dlatego jej majątek wyrażony w pieniądzu – bez względu na to, czy będzie to euro, peso czy jakaś inna drachma jest mniej wart. Ta deprecjacja jest faktem i oznacza stratę bez względu na to, w jakiej walucie ją wyrazimy. Upadek euro niewiele zmieni.
Skąd więc to całe larum? A no właśnie, otóż ludzie, którzy nas najgłośniej straszą mają powody do niepokoju. Etatystyczni profesorowie ekonomii, z państwowych szkół wyższych, premierzy żyjący z łaski hojnych ofiarodawców unijnych instytucji – ci na pewno upadek odczują. Boją się, bo czują pod skórą, że te ponure wizje zagrażające Europie z powodu upadku euro w końcu się sprawdzą. Milcząca większość wyjdzie na ulice i wyrzuci ich z pracy. Stracą nie tylko kasę, ale i reputację. Z tego lęku straszą i nas. Może liczą, że w ten sposób rzucimy im się do kolan błagając o pomoc. Ale my tego nie zrobimy, bo nam – normalnym, tworzącym majątek narodowy ludziom – nie grozi żadna katastrofa. My już swoje straciliśmy; lata pracy, nadziei, odejmowania sobie od ust. To właśnie ONI, ci którzy straszą tak nas urządzili. Więc ja teraz z satysfakcją obserwuję, jak się boją. Palcem nie kiwnę, żeby im było łatwiej, nawet za cenę zapomóg unijnych. Bo, żeby niby co, nie damy sobie rady o własnych siłach? Bez jałmużny?