|
Jednym z powodów swoistej beztroski prezydenta Obamy jest świadomość, że w Europie jest jednak gorzej. W połowie maja humor poprawiły mu doniesienia z Berlina i Brukseli mówiące o tym, że spadek PKB w strefie euro, a szczególnie w Niemczech przekroczy w tym roku 5 procent. Jest to więcej niż wynoszą pesymistyczne szacunki strat gospodarki amerykańskiej, przewidywane na poziomie ok. 3,5 procent PKB. Dla ścisłości, doniesienia za I kwartał 2009 mówią o spadku PKB rzędu 5,7 procenta w skali rocznej, a to jest więcej niż wynosi cały dochód narodowy Polski!
Mimo to prezydent Obama jest nadal przekonany o tym, że wystarczy wpompować w gospodarkę odpowiednią ilość miliardów, by tryby zaskoczyły i kolos ruszył. Nie zastanawia go nawet fakt, że stymulowanie nie działa – ani w USA, ani w Europie, ani – i to już od 20 lat – w Japonii. Co prawda, od pewnego czasu zdaje sobie sprawę z tego, że dalsze drukowanie banknotów może tylko sytuację pogorszyć, co zresztą już się dzieje (inflacja), ale od czego jest podatek. Nawet zwolennicy Obamy przyznają gorzko, że głoszony w czasie kampanii wyborczej program zmian (change) sprowadzi się do likwidacji obozu koncentracyjnego w Guantanamo i wzrostu wydatków budżetowych finansowanych z podatków. Budżet Barracka Obamy na rok fiskalny 2009/2010 (3,4 biliona dolarów) jest o 13 proc. wyższy od (rekordowo) rozrzutnego (3 tryliony) budżetu Busha na rok 2008/2009. Trudno żeby było inaczej, skoro przyjmuje się strategię interwencji politycznej, osłabiając wolny rynek i odbierając inicjatywę przedsiębiorców. Nie zrażony biedniejącym portfelem amerykańskich rodzin, a także fiaskiem polityki interwencjonizmu prezydent zarządził właśnie, że amerykańskie samochody mają być bardziej oszczędne, co przeciętnego posiadacza samochodu kosztować będzie dodatkowo 1300 dolarów. Nie tylko zapomniał o obietnicy wycofania wojsk z Iraku, ale zwrócił się do Kongresu o dodatkowe 150 miliardów dolarów na wydatki wojenne, nie licząc kilku miliardów na wzmocnienie ministerstwa bezpieczeństwa publicznego (Homeland Security). I dostał je! Jednakże szczytem rozrzutności jest plan upaństwowienia służby zdrowia, który kosztować będzie podatnika – pacjenta ponad 1,8 biliona dolarów rocznie. Wprawdzie 23 maja b.r. prezydent oświadczył Amerykanom, że rząd jest bez pieniędzy, ale to tylko preludium do drastycznej podwyżki podatków. Tak, czy owak zapowiada się bezprecedensowe wzmocnienie rządu federalnego i ograniczenie swobody działania biznesu. Rush Limbaugh, król amerykańskiego talk-radio mówi wprost o faszyzacji Stanów Zjednoczonych. I trudno się dziwić. Główne gałęzie przemysłu, banki, prywatne spółki finansowe znajdują się pod skrzydłami Białego Domu. Każdy, kto choć trochę zna historię międzywojennych Włoch i Niemiec, wie czym to grozi. Tym bardziej, że polityka „opiekuńczości” zaczyna być kwestionowana nawet przez przywódców Europy Zachodniej.
Ameryka się broni
Istnieje jednak zasadnicza różnica między sytuacją w Ameryce i w Europie. O ile Europejczycy wychodząc na ulicę i domagając się od swych przywódców pracy i płacy bronią zdobyczy państwa opiekuńczego, o tyle Amerykanie w swoim dążeniu do reform sięgają do korzeni. W przeciwieństwie do protestujących z Paryża, Mediolanu czy Warszawy zdają sobie sprawę z tego, że państwo da im co najwyżej tyle, ile zabierze. Co to znaczy dobra konstytucja! Dla przypomnienia, amerykańska konstytucja – w odróżnieniu od francuskiej, niemieckiej czy polskiej – nie określa praw i obowiązków obywateli, lecz rządu federalnego. Nie trudno zrozumieć, dlaczego przemodelowanie państwa rozpoczęto w Stanach Zjednoczonych od II Poprawki do konstytucji USA, a więcej tej, która mówi o prawie do noszenia broni i tworzenia oddziałów oporu wobec rządu nadużywającego władzy oraz X Poprawki, czyli tej, która zapewnia suwerenność stanom i chroni je przed lewiatanem rządu centralnego. W Montanie, na przykład, wbrew ustawodawstwu federalnemu uchwalono Firearms Freedom Act, ustawę zezwalającą na noszenie broni wyprodukowanej w stanie Montana. Podobne ustawodawstwo powstaje w Teksasie i Ohio. Gubernatorzy kilku stanów, w tym Luizjany, Południowej Karoliny i Teksasu zakwestionowali program stymulowania gospodarki przez Waszyngton, odmawiając (części lub całości) rządowych pieniędzy. Działania te traktowane są jak dziwactwo i obserwowane przez agentów z Homeland Security, jednakże coraz częściej zaczyna się mówić publicznie o zbiorowych aktach obywatelskiego nieposłuszeństwa. To skuteczna metoda walki z opresyjnym rządem – przypomina Mark Sanford, gubernator Południowej Karoliny – od niej przecież rozpoczęła się nasza walka o aspiracje wolnościowe z Brytyjczykami. Protestujący po drugiej stronie Atlantyku biorą sprawy w swoje ręce. Amerykanie nie chcą od rządu niczego, prócz zagwarantowanej w konstytucji swobody działania, wolności gospodarowania i prawa do osiągania szczęścia w sposób odpowiadający obywatelom, a nie politykom. Po raz pierwszy od Wojny Domowej mówi się o suwerenności stanów, a niekiedy nawet o ich secesji, równocześnie dyskutuje się sposoby powrotu do standardu złota, a nawet odejścia od koncepcji banku centralnego. Ruch obywatelski nie posiada jeszcze swych instytucji politycznych, ale jest to kwestia miesięcy, i właśnie w tym należy upatrywać szansy na szybkie i trwałe wyjście z zapaści gospodarczej. Coraz więcej obywateli Stanów Zjednoczonych rozumie, że budowa American Dream na fundamentach welfare state, jak pokazuje obecny kryzys, jest li tylko czystą iluzją. Jan M Fijor www.fijor.com
|