Kursy walut

Kursy NBP z 09-02-2012
walutaskupsprz.
USD3.11683.1798
EUR4.13444.2180
CHF3.41523.4842
JPY4.05244.1342
puby
przejdź

giełda online

Zboża paszowe
cena netto zł/t
pszenica760-810
kukurydza760-810
owies paszowy zg z PN
jęczmień800-840
Śruty
rzepakowa750-790
sojowabrak ofert
żródło:www.rolpetrol.com.pl
przejdź
Niższy standard PDF Drukuj Email
Hodowca Drobiu
Wpisany przez Jan M Fijor   


Jan M Fijor
Szereg wyrobów licencyjnych produkowanych w Polsce różni się i to dość znacznie od swoich zagranicznych oryginałów. I nie jest to żaden spisek przeciwko narodowi polskiemu. Różnicę tę zawdzięczamy wyłącznie sami sobie.

 

 Polaków podróżujących po świecie, a ja do takich należę, zadziwia niekiedy jak to możliwe, że w Niemczech czy Szwecji te same hiszpańskie mandarynki są jednak bardziej słodkie, soczyste i wcale nie droższe. Podobne odczucia mają ci, którzy zamiast z krajowym operatorem pojechali na wczasy z TUI, Cook czy Neckermanem. Niby ten sam kurort, ten sam hotel, a jednak inaczej – wyższy standard obsługi i niekiedy niższa cena. Takich różnic w standardzie obserwujemy wiele. Proszek do prania Persil zakupiony w polskim supermarkecie jest jednak gorszy niż ten sam Persil kupiony w Niemczech. Niektórzy te różnicę wykorzystują w celach zarobkowych.



Na bazarach ten sam niemiecki proszek jest dwukrotnie droższy od krajowego, a zatem musi istnieć na niego zapotrzebowanie. Jego powodem nie jest tylko to, że na opakowaniu instrukcja czy dane techniczne zapisane zostały po niemiecku. Lista takich różnic jest długa. Oto CITI bank na mojej amerykańskiej karcie kredytowej jest znacznie bardziej hojny niż jego krajowa filia w Polsce. Karta amerykańska w swoim programie lojalnościowym ofiaruje mi za każdego wydanego dolara jedną milę w powietrzu, za którą mogę otrzymać darmowy bilet lotniczy. Polski CITI, za taką samą kartę daje mi jedną milę (ok. 3,20 zł) dopiero po wydaniu przeze mnie na zakupy przy użyciu plastyku aż 5 złotych, a więc prawie o 60 proc. drożej. Polskie Marlboro są gorsze od oryginalnych amerykańskich, to samo odnosi się do pasty do zębów Colgate, która w wydaniu krajowym jest znacznie mniej przyjazna niż w oryginale amerykańskim czy choćby francuskim. Mercedes Vito z plakietką „made in Poland” zawiera trochę części z krajowego Żuka (np. resory), jego niemiecki odpowiednik już takiej przypadłości nie ma. Różnice da się zauważyć nawet w tak zuniformizowanych firmach i produktach, jak Mac Donald’s, którego restauracje na terenie Polski mają niestety gorszy serwis, skromniejsze menu i cenę wyższą od amerykańskiego standardu, czy Kentucky Fried Chicken, gdzie zdarzają się nawet odstępstwa od receptury. Tę przydługawą i przykrą listę chciałbym uzupełnić o firmę usługową z branży ubezpieczeniowej, jaką jest HDI Asekuracja. Zdarzyło się bowiem tak, że mniej więcej w tym samym czasie klientem tego niemieckiego ubezpieczyciela stała się moja niemiecka znajoma i ja sam.

 Magazyn, w którym przechowuję wydawane przez siebie książki, wskutek awarii sieci centralnego ogrzewania, we wrześniu 2008 roku zalany został ciepłą wodą. Straty nie były jakieś gigantyczne, jednakże były, zgłosiłem się do administratora budynku, który sporządził protokół i powiadomił firmę ubezpieczeniową, która budynek ubezpiecza, właśnie HDI, która już po kilku tygodniach oddelegowała swoją likwidatorkę. Książki, sztuka po sztuce, zostały skrupulatnie przejrzane, a ich tytuły i ilości spisane w oddzielnym protokole, który pracowniczka przedstawiła swoim przełożonym. Kilka miesięcy później otrzymałem od HDFI szorstki list, w którym zwracają się do mnie jak do swego podwładnego z żądaniem przedstawienia nie tylko swoich danych, ale także oryginałów obu protokołów, tego wewnętrznego oraz likwidatorskiego, a także danych nt. legalności prowadzonego przeze mnie wydawnictwa, jego księgowości i innych informacji, które albo stanowią tajemnicę firmową, albo nie są przechowywane. Następnie nakazano mi te informacje dostarczyć osobiście w ciągu kilku dni do biura HDI na Ursynowie, pod groźbą zignorowania szkody i odmowy wypłaty odszkodowania. Odpowiedziałem rzeczowo, że jeśli chcą coś ode mnie uzyskać, to mogą przysłać do mnie swojego pracownika, ale ja nie mam ani czasu, ani obowiązku pracować za darmo dla HDI, nie mówiąc o tym, że to ja padłem ofiarą ich klienta, który płacąc składkę ceduje odpowiedzialność za zniszczenie na ubezpieczyciela. Wysłałem ten list do autorki owego szorstkiego listu, uznając że swoje w tej sprawie zrobiłem. Pani się chyba na mnie obraziła, a jeśli nie, to na pewno zamilkła. Wysyłam mejle, żeby się przypomnieć, w końcu udałem się nawet z brakującymi dokumentami do biura HDI, ale nie pomogło. Nadal jestem ignorowany, a co gorsza, nie dostałem odszkodowania za zniszczone książki.
 A przecież w Niemczech firma HDI słynie z serwisu i wyjątkowej sprawności. Byłem tego świadkiem. Otóż mniej więcej miesiąc temu, w biurze niemieckiej firmy moich znajomych również zdarzyło się zalanie, tyle że powodem była wichura. Wiatr rozbił okna, woda zalała pomieszczenia, jakimś dziwnym trafem ucierpiały tylko meble biurowe. Likwidatorka HDI zjawiła się w biurze nazajutrz po zawiadomieniu, spisała protokół, i z uśmiechem i zatroskaniem spytała, czy właściciele firmy dokładnie sprawdzili swoje kartoteki, na wypadek gdyby jednak powstały jakieś szkody, które zostaną odkryte później, pozostawiła formularz zapasowy informując, że okres składania roszczeń wynosi rok czy dwa, już nie pamiętam. Zostawiła też listę firm remontowych, które ubezpieczyciel nie tylko akredytuje, ale ponadto zaleca. Nie muszę dodawać, ze ofiara zdarzenia miała prawo do swego własnego wyboru. Tydzień temu dostałem od znajomych mejla, w który powiadomili mnie, że właśnie otrzymali czek i są bardzo zadowoleni. Co więcej, HDI zapowiedziało wizytę swojego eksperta, który ma za kilka tygodni zbadać, czy przypadkiem wspomniana wichura nie wyrządziła jakichś innych, nie zauważonych dotąd zniszczeń.
 W związku z powyższym mam kilka pytań.
1. Czy polska kopia zagranicznego produktu czy biznesu musi aż tak dalece odbiegać od swego oryginału?
2. Czy jest to niedopatrzenie licencjodawcy, czy może świadome przekłamanie już tu, na miejscu?
3. Jak to możliwe, że zagraniczny licencjodawca nie wie o polskich niedoróbkach? Przecież w ten sposób traci reputację, którą jak w przypadku Phillip Morris, KFC czy choćby HDI budował dziesiątki lat.
4. A może oni machnęli na nas ręką?

 Na wszelki wypadek postanowiłem list z opisem przebiegu moich relacji z HDI przesłać do centrali firmy. Ciekawi mnie ta różnica w standardach. Chciałbym się wreszcie dowiedzieć, skąd się ona bierze.

Jan M Fijor, www.fijor.com

Tags: na drugi rzut oka

 

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież