|
Polskie kury czubate, liliputy polskie, rodzime rasy drobiu - tematy te stały się ostatnio bardzo modne. Na forum internetowym „Woliery", według stanu na dzień 10 stycznia 2008 roku, w temacie „czubatka staropolska" zanotowaliśmy 43.705 odsłon, popularniejszy był tylko wątek liliputów - 50.464 wejścia.
O odtworzeniu pierwotnej kury czubatej, zwanej też dworską, szlachecką, a ostatnio staropolską pisały, a nawet marzyły największe polskie autorytety, których miało zaszczyt gościć czasopismo Woliera - profesorowie Rutkowski, Mazanowski, Książkiewicz. Mnie również osobiście porwało wspaniałe i patriotyczne wyzwanie - wydobyć z mroków przeszłości tego mamuta polskości. Przestudiowałem całą dostępną polską literaturę, nawiązałem kontakty z polskimi muzeami posiadającymi w swoich zbiorach wizerunki starodawnych kur, przejechałem nawet kilka tysięcy kilometrów do Holandii, aby obejrzeć obrazy sławnych mistrzów niderlandzkich. Zanim jednak opowiem o własnej, bardzo trudnej drodze hodowcy, w jaki sposób starałem się odtworzyć tę mityczną kurkę, warto na początek zdefiniować, co można rozumieć pod pojęciem „czubatka staropolska", nazywaną też dworską lub szlachecką. Pierwszym zasadniczym pytaniem, jakie sobie zadawałem i zadaję do dzisiaj, było: A jak ten mamut w rzeczywistości wyglądał? Co mówią na jego temat źródła historyczne? Ze zrozumiałych względów nie było wzorca rasowego tej kurki, ba, nawet nie było takowej propozycji. Miałem jednak coś bardzo cennego - motywację i ideę. A to, bardzo dużo. Niestety, nie zachowało się zbyt dużo materiałów archiwalnych, które by były pomocne przy odpowiedzi na zadane powyżej pytania, a jeżeli napotkane ślady cokolwiek mówiły na ten temat, to jedynie w sposób pośredni.
Stare malarstwo Bezcennym źródłem wiedzy są stare obrazy, które udało mi się zlokalizować. Na obrazie (Fot. 1a i zbliżenie - Fot. 1b) przedstawiony jest zamek z 1620 roku, na dziedzińcu którego znajduje się stadko kur czubatych (źródło „Gekuifd", Luuk Hans, 2007, str. 19). Najsławniejszym z nich jest praca Jana Steena z 1660, roku zatytułowana „Kurzy dziedziniec" (Fot. 1c). Obraz ten znalazł swoje miejsce w stałej ekspozycji w niewielkim rozmiarami, ale wielkim pod względem ilości wybitnych dzieł, Muzeum Mauritius w Hadze. Celowo zostały powiększone fragmenty dzieła z wizerunkami kur (Fot. 1d). Czyż nie wydają się one podobne do tych, które spotkać można na polskich wsiach? Odwiedziłem także Muzeum Narodowe Rijksmuseum w Amsterdamie oraz Central Museum w Utrechcie w poszukiwaniu innych sławnych obrazów Melchiora d'Hondecoetera,a wtym jeden z nich z 1686 r (Fot. 2). Mam w swoich zbiorach wydany w Holandii piękny album z kilkudziesięcioma innymi obrazami drobiu. Nie będę tu zamieszczał ich reprodukcji, bo przedstawione na nich kury są bardzo podobne do omówionych już wcześniej dzieł. W każdym razie „kurzy" motyw w europejskim malarstwie był bardzo popularny i najczęściej przedstawiał właśnie pierwotne kury czubate, co może świadczyć o tym, że ten rodzaj drobiu był hodowany powszechnie w wielu ówczesnych europejskich zagrodach. W Muzeum Pałac w Wilanowie znajduje się obraz nieznanego malarza (patrz zamieszczona obok reprodukcja - Fot. 3a i 3b) przedstawiający również XVII - wieczne kury czubate. W podobnym stylu obraz, autorstwa Brunona Szulca, można obejrzeć w Gdańsku. Oba te obrazy, w odróżnieniu od omawianych powyżej przedstawiają drób z polskich podwórek, co jest dla nas bardzo cenne.
Źródła pisane W dostępnej literaturze natknąłem się na kilka jedynie opisów wyglądu, a zwłaszcza ubarwienia zarówno średniowiecznych, jak i z późniejszych okresów ras kur. Wojciech Kozłowski w swojej pracy „Kury domowe w Polsce we wczesnym średniowieczu" (Teka Historyka, zeszyt 24, str. 19) pisał tak: „Podsumowując dotychczasowe rozważania stwierdzam, że wczesnośredniowieczna kura domowa była ptakiem drobnym, w znacznym stopniu podobnym do swego dzikiego przodka. Upierzenie najczęściej występujące było najprawdopodobniej pstre, stanowiące mieszaninę piór czarnych, różnych odcieni czerwieni oraz żółci." W późniejszym okresie czasu, aż do początków XIX wieku, kiedy to zaczęła się planowa praca hodowlana, występowała nieskończona liczba typów budowy, jak i ubarwienia. W 1856 roku (Prof. Witold Pruski, Hodowla zwierząt gospodarskich w Królestwie Polskim 1815-1918, str 249) czytamy następujący opis krajowych odmian kur. „Na czele stoi tu tak zwana - „dworska kura polska" (Polnischer Prachthuhn). Jest to prześliczny drób i dziś już bardzo rzadki. Upierzenie jego przedstawia grę mieniących się kolorów, bo na tle świecąco pomarańczowym ma białe cętki, niekiedy zielonkawo, czarno lub brunatno nakrapiane." I dalej: „W końcu idzie tak zwana „paradna kura hamburska" (Hamburger Prachthuhn), którą dla bliskiego powinowactwa z polską dworską kurą tu opisujemy. (...) Co do upierzenia tego drobiu rozróżniają dwie odmiany: srebrną i złotą. Tam przechodzi lśniąca białość w srebro, tu tło żółte w pomarańczowozłociste pióra, jak na bażantach, ale obie są pięknie czubate. Niekiedy mieszają się te dwie odmiany ze sobą, tworząc prześliczną grę srebrnych i złotych piór. I dalej: „Kogut odznacza się wspaniałą i spokojną postawą, wyniosłym ale nie hardym chodem, kokosze łagodnością i spokojem ruchów. Miłośnicy chowania drobiu za granicą unoszą się nad pięknością i zaletami polskiej dworskiej kury." Na rycinie z 1862 roku „Krajowe czubate kury polskie" (Fot. 4) można jednak obejrzeć zupełnie inny typ drobiu, niż ten z omówionych wcześniej obrazów. „Rysunek powyżej podany - czytamy w omówieniu - przedstawia koguta i kurę prawdziwej rasy polskiej, z czego czytelnik poweźmie przekonanie, że nie wszystkie drobne kury utrzymywane po wsiach naszych, są czystą rasą polską. Są to mieszańce powstałe z nieumiejętnego krzyżowania różnych ras tak, że sądząc z ogółu: rasę kur polskich można by uznać za wyrodzoną zupełnie." Wtedy to w pierwszym pięćdziesięcioleciu XIX wieku, w oparciu o materiał z polskich zagród, zaczęła się na zachodzie Europy powolna, aczkolwiek skuteczna praca hodowlana. Powstawały wtedy takie rasy, jak brabanter, creve coeur, houdan, polverara, breda czy sówka brodata, a także została wyselekcjonowana dzisiejsza rasa nazywana często czubatką szlachetną, zwana w Polsce czubatką polską, a w Niemczech paduaner oraz czubatka polska bezbroda (powszechnie nazywana białoczubą lub inaczej białoczubem holenderskim), którą Holendrzy doprowadzili do perfekcji. „W jakim czasie te rodzaje kur (cytowany już Witold Pruski, str 251), znane pod nazwiskiem polskich, dostały się za granicę, dziś już trudno oznaczyć (...) Zachodzi dziś wielka różnica między drobiem polskim za granicą, a polskim drobiem u nas. Fakt ten sprowadza tylko na nowo doświadczenie, że mamy dobre rasy zwierząt domowych u siebie, ale że podupadły wskutek zaniedbania". To zdanie jest ciągle aktualne. Niestety, w Polsce uznawanej powszechnie w Europie za ojczyznę kur czubatych, nie trafił się przez prawie 200 lat nikt, kto by na poważnie zajął się ich planową hodowlą. Zawsze dużo było lamentu na ten temat. I na lamentach się kończyło.
Legenda Przy okazji analizy źródeł historycznych zatrzymam się na chwilę nad jednym, dość mocno zakorzenionym poglądem, że kiedyś istniała w Polsce jakaś „idealna" czubata kura polska, nieskażona wpływem obcych, zagranicznych ras. Przy okazji podawany był przykład Lubelszczyzny jako ostoi tego, co naprawdę nieskażone i pierwotne. Oto, co podaje cytowany już Witold Pruski, który starał się opisać „Hodowlę Zwierząt Gospodarskich w Królestwie Polskim w latach 1815-1918": „Do przodujących hodowli kur należała również ferma Bronisławy Zbyszewskiej w Markuszowie pod Puławami (miasto to leży na Lubelszczyźnie); hodowała ona tam kochinchiny i Brahmaputry, które demonstrowała na wystawie w Lublinie w 1860 r. Fermy drobiarskie, w których hodowano z całą pewnością uszlachetnione już wieloletnią pracą hodowlaną rasy, prowadzili też Jan Taraszkiewicz w Służewie pod Warszawą, Leokadia Woroniecka w Rejowcu, Józef Kotarbiński w Czernikach w Radzyńskiem, Franciszek Kierglewicz ze Skokowa, Albin Koch i Adela Szalewska. Najpoważniejszą hodowlą drobiu przed reformą uwłaszczeniową była ferma w Wilanowie pod Warszawą, założona w latach pięćdziesiątych XIX wieku przez Aleksandrę Potocką, żonę Aleksandra Potockiego, właściciela Wilanowa. Okazy drobiu z Wilanowa nagradzane były w 1859 r. na wystawach w Warszawie i Łowiczu. We wszystkich tych fermach prowadzono, coś w rodzaju pierwszej planowej hodowli, w oparciu o zagraniczny materiał, chociaż tak zwane „dworskie kury polskie" stanowiły pokaźny odsetek hodowanego pogłowia. Ten sam autor pisze dalej: „Na podstawie wzmianek, jakie spotyka się w dawnej literaturze, odnosi się wrażenie, że pospolite kury polskie stanowiły wielką mieszaninę najrozmaitszych typów i ras, a ustalonych odmian krajowych raczej nie było. Dawni autorzy skłonni są uważać za najbardziej autochtoniczne kury czubate o upierzeniu raczej jednostajnym, z czubem z reguły jaśniejszym. Na starych obrazach też widuje się przeważnie kury czubate. I dalej: Kury krajowe uszlachetniano sprowadzanymi z zachodniej Europy: kochinchinami, Brahmaputrami, creve coeur'ami, houdanami, dorkingami, kogutami włoskimi, hiszpańskimi i innymi rasami." Jakby na potwierdzenie tych słów Albin Kohn (Drób, czyli hodowanie ptactwa domowego, Warszawa, 1858 roku, str. 124 -126) podaje ciężar drobiu różnych odmian: „(...)czarny polski kogut 3-letni - 5 funtów i 12 łutów (funt = 0,41 kg, łut - 12,9 g.), polski kogut złotego połysku 5 f., polska kura złotego połysku 3 f. 16 ł., polska kura z czubkiem kulistym (najprawdopodobniej współczesna czubatka polska - przyp. STR) 3 f., (...), kogut malajski bażantowy 2-letni - 7 f., kura malajska - 3 f., kura nakrapiana z Surmii 2-letnia - 5 f., 24 ł. Już wtedy więc polskie autochtoniczne kury czubate udoskonalano nie tylko kochinchinami (współczesne kochiny), ale także kurami bojowymi w typie malajskim. Nikt mi nie wmówi, że te uszlachetnione już na Zachodzie rasy nie trafiły za pośrednictwem wspomnianych wyżej przodujących ferm drobiu na włościańskie podwórka. Przecież po to je tam trzymano - aby propagować postęp w rolnictwie. Idea krzewienia wiedzy, przez co światlejsze jednostki, była w XIX wieku bardzo popularna. Spotykane więc dzisiaj na polskich wsiach kury czubate nie są ani wcale pierwotne, ani nieskażone. Na dodatek, w wyniku sprowadzenia po II wojnie światowej tzw. kur towarowych, czyli sasexów, Rohde Island Red czy Leghornów mamy do czynienia z jednym wielkim koglem - moglem. Doskonale rozumiem postawę osób mających taki ortodoksyjny sposób patrzenia na czubatkę staropolską (dworską), i wcale ich za to nie potępiam, wręcz przeciwnie, uważam, że ze sztandarami raźniej jest maszerować. Ale taka wiara powinna być weryfikowana przez wiarygodne źródła historyczne w imię po prostu prawdy. Legenda jest tylko legendą. Warto wierzyć i działać w imię jakiejś wielkiej idei, ale warto też wysłuchać, nie mówiąc już o ich przyjęciu, racjonalnych argumentów różnych wątpiących osób. Dlaczego? Dla prawdy. Ale choćby po to, by po jakimś czasie, jakiś wątpiący, nie wyciągnął nam na światło dzienne, że naginamy fakty do swojej teorii. Znamienny jest tu przypadek rosyjskiego hodowcy Wiaczesław Komowa, którego porwała idea odtworzenia wspaniałej rosyjskiej rasy - kur pawłowskich. Legenda, stworzona przez samego Wiaczesława, podaje, że odtworzył je w oparciu o kilka jajek otrzymanych z Ałma-Aty, z których wykluły się autentyczne dwa koguty pawłowskie. Oczywiście w Rosji podniósł się wielki rwetes. Oskarżono tego rosyjskiego hodowcę o oszustwo, bo nie było tam żadnych „prawdziwych" kogutów; Komow po prostu miał rzekomo wziąć jakieś kury czubate i skrzyżować je z brahmą lub kochinem. Dlaczego tej sprawie poświęcam tak dużo miejsca? Ano dlatego, że funkcjonuje pogląd, iż przy odtwarzaniu czubatki staropolskiej powinniśmy kojarzyć tylko osobniki autentyczne, „prawdziwe", odszukane na polskich wsiach. Dolewanie krwi, na przykład zielononóżki, jest uznawane za świętokradztwo i szarganie świętości. Tylko kto może zagwarantować, że jakiś czas temu te swobodnie chodzące po podwórkach czubatki staropolskie nie miały mezaliansu z kogutem zielononóżki? Ten mezalians jest do zaakceptowania, a planowe kojarzenie nie za bardzo? Co mają w takiej sytuacji zrobić polscy hodowcy marzący o odtworzeniu staropolskich ras drobiu? Moim zdaniem powinni przestać toczyć jałowe spory o „prawdziwości" jakiejś mitycznej czubatki staropolskiej (dworskiej), która do niczego nie doprowadzi, siąść wspólnie do stołu i zastanowić się, jaki typ wydaje im się najbardziej autochtoniczny oraz odpowiada im gustom i po prostu zacząć tę czubatkę hodować. Zawsze to będzie jakiś kompromis.
W terenie Kiedy owładnięty piękną ideą ratowania ginących ras drobiu ruszyłem w połowie 2005 roku na polskie wsie w poszukiwaniu materiału zarodowego, nie miałem oczywiście powyższej wiedzy. Ważna była idea i misja, które wydawały mi się bardzo szlachetne. Odwiedziłem w towarzystwie Dawida Szikory, z leżącego nie opodal Puław (sic!) Kurowa, kilka wsi, nawiązałem kontakt z Jarkiem Wartaczem z pobliskiego Nałęczowa, zjeździłem też, dzięki życzliwości Jurka Wysockiego z Tykocina i Antka Popko z Białegostoku całą białostocczyznę, zaprosiła mnie też Ania Czarnota na kujawsko-pomorskie. Na własną rękę spenetrowałem całe, bez mała, województwo mazowieckie, a zwłaszcza dawne radomskie. Niestety, zebrany materiał wyjściowy w wymiarze hodowlanym, jaki udało nam się zdobyć, przypominał wielki tygiel i mozaikę. Z 30 kurek i trzech kogutów nie było dwóch jednakowych. Trafiały się wśród nich egzemplarze z dużymi i z małymi łapciami w typie kur pawłowskich (Fot. 5), b iałe, czerwone, żółte, jastrzębiate, czarne, a także - jak je nazywałem - spleshowe. Całe to moje „stado zarodowe" łączyła wszakże jedna podstawowa cecha - wszystkie egzemplarze miały wyraźny wpływ kur towarowych, jakie rozprowadzane są na wsiach od kilkudziesięciu lat przez wylęgarnie drobiu w typie bądź sassexa bądź rhode island reda, czyli karmazyna. Miały też, co prawda, różne wielkości, ale jednak czubki. Zadawałem sobie nie tylko postawione na wstępie pytanie, jak ta mityczna czubatka staropolska (dworska) w rzeczywistości wyglądała przed wiekami, ale też: w jakim kierunku prowadzić pracę hodowlaną? Co wybrać? Nie interesowało mnie zachowanie populacji genowej, jaka występowała w kraju, niech tym zajmują się instytuty naukowe i genetycy, lecz wyhodowanie konkretnej, powtarzalnej - na początku jednej, a następnie może kilku kolejnych - odmian barwnych. A jaką odmianę wybrać? Wszyscy też zaangażowani w sprawę mieli świadomość, że to ostatni moment, aby pozbierać na wsiach materiał zarodowy, bo za rok, dwa, w związku z ogromnymi przemianami, już go może nie być. Początkowo poruszałem się po omacku, miałem świadomość, że taka żywiołowa działalność jest bez sensu, trzeba sobie wyznaczyć jakiś cel i go próbować realizować. Wybór padł na odmianę kuropatwianą, chociaż w swoim stadzie nie miałem żadnego egzemplarza czysto kuropatwianego, a jedynie u kilku sztuk, gdzieś ten gen kuropatwianości się plątał. Uważam bowiem, że odmiana ta jest królową wszystkich odmian. A na dodatek dawne czubatki staropolskie (dworskie), takie właśnie najprawdopodobniej może sto, może dwieście lat temu, między innymi były, co można wyczytać między wierszami choćby z cytowanych obszernie powyżej opisów. Poza tym nie można łapać wszystkich „srok za ogon". Na początku trzeba się zdecydować na jedną odmianę barwną lub grupę odmian, bo jak się zbyt wiele będzie chciało zrobić, to nic się nie zrobi. Zdawałem sobie sprawę, że kluczem do dalszej hodowli było właściwe dobranie kogutów. Tych jednak było jak na lekarstwo. Jednego koguta pozyskałem od Krzysztofa Andresa. Niestety, jednak w krótkim czasie padł. Dwa inne koguty pochodziły z Lubelszczyzny. Stado podzieliłem początkowo na dwie grupy genetyczne, bazując oczywiście na tym materiale, jaki miałem. W pierwszej grupie znalazło się pięć kurek czerwonych (Fot. 6), z lekkim nalotem kuropatwianym, dwie kurki czarne. Dołączyłem do niej koguta w typie karmazyna (Fot. 7). W drugiej grupie znalazły się „lepsze" kurki, a więc czarna ze złocistą szyją, jastrzębiata, dwie kurki z opierzonymi nogami w typie pawłowskim, dwie kurki srebrzyste oraz jedna kurka, na którą początkowo nie zwróciłem większej uwagi - czarnogłówka mająca najwięcej w sobie „kuropatwianości" (Fot. 8). Połączyłem je z pozyskanym na Lubelszczyźnie kogutem splesh. Już po pierwszych lęgach zorientowałem się, że takie zestawy niewiele mi dadzą. Kogut w typie karmazyna dał mi potomstwo w swoim typie. A przecież chodziło o to, aby wyrugować naleciałości kur towarowych. W drugim przypadku było już lepiej, ale i tak większość potomstwa była w typie „spleshowym", czyli ojca - co widać na zdjęciach. A więc moja praca hodowlana nie posunęłaby się ani o krok do przodu.
Legendarny Bażancik Gdzieś chyba w marcu lub na początku kwietnia pomógł mi przypadek. Dzięki forum „Woliery" Łukasz Włodarczyk namówił mnie na parkę kurek bursztynowych. Początkowo nie chciałem ich wziąć, bo po pierwsze miały... brodę, a po drugie kogut miał grzebień różyczkowy, co niezbyt mi się na początku podobało. Łukasz przysłał mi tę parkę na własny koszt. Kiedy otworzyłem karton, oniemiałem - kogucik okazał się przepiękny, i w takim typie, w jakim zacząłem sobie wyobrażać starodawną czubatkę. Mocny, przysadzisty, no i przede wszystkim z pięknym ogonem (Fot. 9a). Już nie trzeba było zastanawiać się nad tym, jaki powinien być wzorzec czubatki - ten kogucik był żywym wzorcem. Wkrótce stał się on najsławniejszym chyba kogutem w Polsce, a na pewno na forum „Woliery, gdzie nazywany był „Bażancikiem"; poświęcono mu mnóstwo wypowiedzi. Nie ukrywam, że dzięki niemu polubiłem nie tylko brodę, ale i grzebienie różyczkowe, a jego grzebień był przepiękny. To on był „modelem" przy sporządzaniu projektu wzorca rasowego? Dodatkowym dowodem na to, że idę w dobrym kierunku okazało się zdjęcie koguta bursztynowego, które ma w swoich zasobach archiwalnych Muzeum w Szreniawie pod Poznaniem (Fot. 9b). Przedstawia ono - wypisz wymaluj - naszego „Bażancika" i zostało zrobione na początku tego wieku. Obecnie tego typu kur już nie ma w kurnikach Muzeum, co było dla mnie dodatkowym bodźcem do tego, aby zająć się tematem starodawnej czubatki. Porozumiałem się z przedstawicielami Muzeum, otrzymałem zgodę na publikację zdjęcia. Zapowiada się, że będziemy ze sobą współpracować. Wtedy to postanowiłem zrobić kompletne przemeblowanie w swoim stadzie. Cały praktycznie dotychczasowy przychówek oddałem swoim pracownikom - nie uległ on zatraceniu; wiem, co u kogo jest, i w razie czego będę mógł do niego wrócić. Zestawiłem kolejne, nowe, dwie grupy genetyczne. Oczywiście, że szefem jednej z nich był „Bażancik". Nie zamierzam zanudzać szczegółami z tego, co z czym kojarzyłem. To, o czym napisałem powyżej, to tylko niewielka część całości prac. Jeżeli wyżej poświęciłem temu wątkowi trochę miejsca, to po to, aby, drodzy Czytelnicy, uświadomić Wam, jak dużego wysiłku trzeba i samozaparcia, aby osiągnąć cel. W sumie odchowałem około 200 kurczaków, a to przecież tylko jeden z segmentów mojej hodowli. Kogucikowi Łukasza dałem tylko pięć kurek, bo miał już swoje lata; początkowo myślałem, że jest niewiele warty, bo nigdy nie widziałem, jak kryje. Okazało się jednak, że krył, i to jak! Od niego miałem prawie 100% wylęgowość. „Bażancik" ciężko pracował. I to do końca czerwca. Oto kilka rezultatów jego starań z późniejszego okresu. Zwróćcie uwagę na jedno ze zdjęć. Przedstawia ono dwa kurczaki, których ojcem jest kogucik Łukasza (Fot. 10). Pierwszy z lewej jest w typie ojca, czyli bursztynowym - matką jest kurka Łukasza, również bursztynowa, natomiast kurczak po prawej był srebrzysto-kuropatwiany. Co prawda kogucik Łukasza ciężko pracował i nazbierałem z grupy, której był szefem, bardzo dużo jajek, ale nie do końca zadawalał mnie rezultat jego starań. Dawał bardzo zróżnicowane w typie potomstwo. Na dodatek - poza kilkoma egzemplarzami w typie srebrzystym-kuropatwianym - nie miałem żadnych innych kurczaków kuropatwianych. A przecież moim głównym celem, jaki sobie postawiłem, było wyhodowanie takiej właśnie czubatki, w takiej odmianie barwnej. W międzyczasie poleciałem do Japonii, gdzie po raz kolejny spotkałem się z profesorem Tsudzukim, któremu zwierzyłem się, jaka odmiana jest moim marzeniem; poradził mi, abym do odtworzenia starodawnej czubatki użył jakiejś starej rasy kuropatwianej, co też eksperymentalnie zrobiłem, wykorzystując do tego celu koguta zielononóżki. Była to moja determinacja. Przestałem bowiem wierzyć, że po „Bażanciku" dochowam się w końcu jakichś osobników kuropatwianych. Okazało się jednak, że kolejne lęgi po koguciku Łukasza dały mi trochę takich egzemplarzy, o jakich marzyłem. Mam pięć takich kurek i dwa koguty ciemnokuropatwiane, jeden z grzebieniem różyczkowym i brodą, drugi z pojedynczym i bez brody ( Fot. 11, 12, 13, 14)  oraz jeden kogut srebrzysto-kuropatwiany (Fot. 15). Nie są one jednak wyrównane pod względem barwy. Niepotrzebny był więc wcale skok w bok i mezalians z kogutem zielononóżki. Z tej linii zostawiłem sobie jedynie parkę, na wszelki wypadek. W następnych latach powinno być już lepiej, chociaż przygotowany jestem na długie lata ciężkiej pracy hodowlanej. Nie wiem, jakie czekają mnie niespodzianki? Mam na przykład wątpliwości, ile kurek będzie miało powtarzalny czubek, ile z nich będzie kuropatwianych? W moim stadzie mam też trzy koguty niemalże identyczne jak „Bażancik" (Fot. 16 i 17)  oraz bardzo ładnego kogucika jastrzębiatego, również w typie „Bażancika".
Światełko w tunelu Dzisiaj, po miesiącach rozterek i wielkiego zwątpienia, mogę stwierdzić, że ta ciężka praca się opłaciła. Bardzo cenne jest to, że mam w tym udział nie tylko ja, ale i kilkuosobowe grono innych hodowców. Zapraszam wszystkich do opisania swojej drogi dochodzenia do celu, do zwierzenia się ze swoich sukcesów i porażek. Dzisiaj jest pewna nadzieja, że to, co wymarzyli sobie panowie profesorowie, i co dotychczas wydawało się nierealne, ma szansę się zmaterializować. Wszystkie prace hodowlane koordynuje Stowarzyszenie Hodowców Drobiu Rasowego - Czubatka Polska. Zapraszam do wstąpienia w jego szeregi i kontynuowanie naszej misji. Potrzebne informacje znajdziecie na stronie www.czubatkapolska.pl. Moja czubatka dworska, bo taką chyba nazwę dla niej przyjmę, wydaje się idealnym materiałem do zasiedleń polskich zagród i podwórek. Nie tylko jest bardzo ładna, ale posiada też wiele znakomitych cech użytkowych. Już sam fakt, że cecha czubatości przetrwała do naszych czasów, jest fenomenem. Ta czubatość ciągle jest obecna, przetrwała wojny, ataki drapieżników i siekiery gospodarzy. Praktycznie nie choruje. Żadna z kurek nie prycha, nie kicha, nie łzawią jej oczy, nie ma biegunek, co często zdarza się w przypadku innych ukształtowanych i szlachetnych ras. Bardzo dobrze się niesie, już pięciomiesięczne kurki dawały mi pierwsze jajka. Jest spokojna, przyjacielska, nie oddala się zbytnio od kurników. Dobrze wykorzystuje paszę, zadowala się przysłowiowym byle czym. Moim zdaniem jest znakomitym materiałem na kurkę towarową, mogąca z powodzeniem zastąpić wielkofermowe produkcje. Jednym słowem łączy w sobie cechy kury ozdobnej z użytkową, co z uwagi na aspekt ekonomiczny, ma duże znaczenie w polskich warunkach. No i najważniejsze z najważniejszych - jest rodzima, nasza, polska. Do powszechnej popularyzacji czubatki dworskiej jednak długa droga. Trzeba odbyć dyskusję nad wzorcem. Moja ścieżka bowiem nie musi być tą jedyną i słuszną. Czy musi ta kurka nazywać się dworską? Wielu osobom podobają się inne określenia, jak choćby „czubatka staropolska", „polska kura dworska" czy choćby „czubatka chłopska" lub „czubatka szlachecka". Każdy może sobie ją nazywać, jak mu się podoba, byle tylko zaczął ją hodować. Czy uda nam się włączyć do naszego programu instytucje państwowe? Przykład choćby Słowaków, którzy dotują hodowlę swojej narodowej „orawki", świadczy, że dla chcącego nic trudnego... Następną niewiadomą jest, czy kurka ta ma szansę trafić pod strzechy i czy zainteresuje się jej hodowlą szersze grono odbiorców? Na razie polscy hodowcy spierają się, która czubatka jest „prawdziwa", a zapominają, że aby się kłócić, to trzeba mieć „fizyczny przedmiot do sporu". Czubatki dworskiej, czy staropolskiej jak kto woli, po prostu nie ma. Od ponad półtora roku trwa wielka dyskusja o staropolskich rasach drobiu, a ilu hodowców tak naprawdę zaczęło pracę hodowlaną z prawdziwego zdarzenia? Boję się, że zamiast zabrać się za robotę, polscy hodowcy będą tracić czas na zwalczanie siebie nawzajem (co zresztą ma już miejsce) i udowadnianie sobie, która kura jest bardziej „prawdziwa" od drugiej. Może ona być „prawdziwa" albo „fałszywa", ale niech będzie. Bo dotychczas nie mamy prawie nic. Nawet zielononóżka nie jest obecna w katalogu europejskich ras. Sądzę, że w chwili obecnej ci wszyscy, którzy zaczęli się interesować odtwarzaniem starych polskich ras kur, mają absolutnie równe szanse. Do tego niepotrzebne są ani duże pieniądze, ani jakieś szczególne warunki bytowe, czyli kurniki, wybiegi. Każdy mógł wsiąść, jeżeli nie w samochód, to na rower i szukać materiału zarodowego. Nikt mi nie wmówi, że koszt karmy jest jakąkolwiek barierą. Jest historyczna szansa, aby zrobić coś naprawdę pożytecznego. Coś z niczego - mówiąc przewrotnie. Dla mnie, pomimo tego że równocześnie hoduję kilka pięknych japońskich kur, zawsze podstawą będą polskie rasy. Nie jest problemem, kupić gdzieś, głównie w Niemczech, pięknie ukształtowane stadko kurek jedwabistych, kochinów, sebrytek, feniksów czy jakiegokolwiek innego „gotowca", gdzie nie trzeba zawracać sobie głowy genetyką, jakimiś eksperymentami, bo całe potomstwo wyjdzie jednakowe; od czasu do czasu wymieni się tylko w tym stadzie koguta. Sztuką jest stworzenie jakiejś odmiany barwnej czubatki czy odtworzenie starodawnej rasy polskich kur od podstaw. I to jest właśnie twórcze... I piękne...
Najserdeczniejsze podziękowania dla redakcji „Hodowcy Drobiu" oraz Fauny&Flory, mających duże zasługi w popularyzowaniu nie tylko polskich ras kur, gołębi i innych rodzimych ras zwierząt za możliwość publikacji niniejszego materiału równolegle w kilku czasopismach. To znakomity przykład w jaki sposób „wielki temat", jakim bez wątpienia jest „czubatka dworska", może połączyć a nie dzielić.
Tags: czubatka , drób , drobiarstwo niszowe
|