| Dolar i co dalej ? |
|
|
|
| Hodowca Drobiu | |||
| Wpisany przez Jan M Fijor www.fijor.com | |||
|
Czy zmiana na fotelu prezydenckim wystarczy do poprawy fatalnej kondycji dolara? Czy nowy włodarz Białego Domu potrafi odbudować greenbacka? Lepiej, czyli gorzej W miarę zbliżania się daty wyborów prezydenckich w USA, wartość dolara rosła. O ile jeszcze 15 lipca br. sięgała psychologicznego dna, 1,6 dolara za 1 euro, półtora miesiąca później, euro potaniało do ok. 1,38 dolara. Zhardział prezes Rezerwy Federalnej (FED), Bob Bernanke, oznajmiając, że dalej stóp procentowych obniżać nie będzie. Prezydent zapowiedział rozmowy pokojowe z Iranem, wycofanie wojsk z Iraku, liberalizację gospodarki i troskę o pozycję waluty. A mimo to eksperci walutowi uznali, że motorem aprecjacji dolara są sygnały spowolnienia gospodarczego w strefie euro, a tym samym spadek wartości waluty europejskiej. Tłumaczenie aprecjacji dolara trudnościami strefy euro, to mylenie przyczyn ze skutkami. Trudności eurolandu są raczej skutkiem, a nie przyczyną słabnącej pozycji dolara. Prawdziwe korzenie kryzysu waluty amerykańskiej są znacznie głębsze i mają głównie charakter polityczny. Należą do nich: wojna na Środkowym Wschodzie, rozrzutna polityka w zakresie finansów publicznych podnosząca deficyt budżetowy do niewyobrażalnych rozmiarów oraz ręczne sterowanie gospodarką przez polityków i będąca jego konsekwencją luźna polityka monetarna FED. Już 100 lat temu Theodor Roosevelt, a później pół wieku temu Dwight Eisenhower przestrzegali, że nawet tak potężnego państwa, jak USA nie stać na równoczesne prowadzenie wojny i zwiększaniem wydatków publicznych. George W. o tej lekcji zapomniał. Zróbmy coś Skutkiem nałożenia się welfare na warfare było pojawienie się inflacji, która ujawniła się w dwóch niszach; na rynku papierów wartościowych a zwłaszcza w nieruchomościach. Latem 2007 roku okazało się, że boom w nieruchomościach spowodowany frywolną polityką monetarną FED i sektora bankowego grozi katastrofą, dolar zaczął lecieć na łeb na szyję. W konsekwencji poszybowały ceny energii. Ameryka stanęła na skraju bankructwa. Pojawiło się widmo światowego kryzysu. Biały Dom uznał, że „trzeba coś z tym zrobić”. Ratunek polegał właśnie na powstrzymaniu ekspansji kredytowej przez FED oraz zapowiedzi wycofania się z Iraku. I to by pewnie do wyborów wystarczyło, gdyby nie brak konsekwencji ze strony Białego Domu. Pod wpływem nacisków Pentagonu prezydent zanegował plan demobilizacji, co odebrano jako sygnał do kontynuowania wojny, a więc dalszego zadłużania budżetu i inflacji. Ale i to by Amerykanie przełknęli, gdyby nie reakcja Departamentu Skarbu, który ratując nadwyrężony sektor finansowy, najpierw znacjonalizował dwa giganty bankowe, Fannie Mae i Freddie Mac, a po Czarnej Niedzieli (14 września), także AIG, potentata usług ubezpieczeniowych (Firma ta jest w Polsce właścicielem Amplico Life). Kosztowało to amerykańskiego podatnika prawie 200 miliardów dolarów, których ani skarb, ani nawet FED nie posiada. Pojawiła się groźba niewypłacalności państwa. I znowu Więc to nie droga ropa naftowa, rosnące bezrobocie i kryzys hipoteczny są korzeniami zła. Kryzys dolara i spowolnienie gospodarcze, które go pogłębiają – pisze Lew Rockwell z Instytutu Misesa w Alabamie – są skutkiem lekceważenia konstytucji, do czego sprowadza się wojna w Iraku, polityka taniego pieniądza oraz programy ratowania instytucji finansowych kosztem reszty gospodarki i podatnika. I znowu nasiliła się inflacja, osłabł dolar, czemu towarzyszą nawet runy na banki i paniczna wyprzedaż papierów wartościowych. Nie dość, ze urzędujący prezydent sobie z kryzysem nie radzi, to na domiar złego, żaden z kandydatów na fotel prezydenta nie gwarantuje zmiany na lepsze. John McCain chce wojny i będzie kontynuować dzieło Busha, Obama zaś ma ambicje socjalistyczne. W tej sytuacji zniecierpliwiony elektorat może sięgnąć po Kongres i albo zmusić McCaina do wycofania się z wojny, albo powstrzymać socjalny program Obamy. Już raz się tak stało, gdy w 1994 roku opozycyjna większość w Kongresie powstrzymała Billa Clintona przed „trzecią drogą”, polityką stabilnego wzrostu i solidarnym państwem. Bez wykorzenienia tych zjawisk – pisał Michael Novak – dobrobyt z Ameryki odpłynie na długo. Pocieszające jest to, że w Polsce chętnie kopiujemy to co amerykańskie.
|





