| Wszystko przez Amerykę |
|
|
|
| Hodowca Drobiu | |||
| Wpisany przez Piotr Lisiecki | |||
|
W stosunku Polaków do USA w latach powojennych ścierają się dwie postawy: jedni ze szturmówkami na masówkach wrzeszczeli na Trumana, Eisenhowera, Nixona a zwłaszcza na Reagana. Inni w tajemnicy słuchali Głosu Ameryki i Radia Wolna Europa, cieszyli się jak Ruscy dostali po dupie w Afganistanie i powtarzali wierszyk „Truman, Truman, spuść ta bania, bo to nie do wytrzymania. Jedna bomba atomowa i wrócimy znów do Lwowa. Choć zastaniem same zgliszcza, jednak ziemia to ojczysta. Druga mała, ale silna, i wrócimy też do Wilna”. A w latach 80. tłumaczyli skrót PZPR – „Polska Zrujnowana Potrzebuje Reagana”. Co polskim hodowcom może pomóc? Do roku 2004 polscy producenci drobiu niewiele ustępowali swoim zagranicznym konkurentom. Jeżdżę służbowo po świecie, widziałem wiele kurników i spokojnie mogę powiedzieć, że średnio dobry hodowca z Polski ustępował unijnemu tylko przez dotacje, a amerykańskiemu skalą produkcji i cenami energii (w niektórych latach również pasz – ale nie zawsze). Drobne niedociągnięcia, najczęściej natury higienicznej można łatwo poprawić. Teraz, gdy na potęgę wdrażamy szalone pomysły eurokratów, światowa czołówka drobiarstwa z USA i Brazylii oddala się nam coraz bardziej. I temu trzeba się przyjrzeć. Miast psioczyć bez sensu na Amerykanów (na pewno się tym nie przejmą), trzeba się przyjrzeć, dlaczego potrafią produkować taniej. A robią taniej, bo nie zakazano im antybiotykowych stymulatorów wzrostu, mączek mięsnych w paszach, soi GMO, nie narzucono głupkowatych wymogów dobrostanu, programów walki z salmonellami i emisją gazów. I tysięcy innych bzdurnych ograniczeń. W globalnej konkurencji pomóc nam mogą tylko te rozwiązanie, które stosują producenci wygrywający tę konkurencję. I tylko o takie rozwiązania warto walczyć. Wszystko inne na dłuższą metę i tak się nie sprawdzi Tymczasem Polacy powoli wpakowali się w kolejną nie swoją wojnę. Tym razem wojnę gospodarczą, którą EU wypowiedziała USA. Oficjalnym wypowiedzeniem tej wojny jest Strategia lizbońska – plan rozwoju przyjęty dla Unii Europejskiej przez Radę Europejską na posiedzeniu w Lizbonie w roku 2000, czyli jeszcze przed eurowstąpieniem Polski. Celem planu, przyjętego na okres 10 lat, było uczynienie Europy najbardziej dynamicznym i konkurencyjnym regionem gospodarczym na świecie, rozwijającym się szybciej niż Stany Zjednoczone.Znów u ludzi myślących (a tylko tacy czytają Hodowcę Drobiu) zrodzi się pytanie, czemu EU nie lubi się z USA? Dla wychowanych w bloku sowieckim, Zachód wydawał się monolitem. Tak rzeczywiście było, dopóki rosyjskie czołgi mogły w 72 godziny dojechać do wybrzeży Atlantyku. Kraje Europy Zachodniej przychylnie patrzyły na obecność wojsk amerykańskich. Groźba atomowego odwetu zza oceanu powstrzymywała sowietów od szerzenia dalej na zachód rewolucji proletariackiej (czytaj podbijania kolejnych państw). Ale pod koniec lat 80-tych Rosjanie musieli uznać, że przegrali zimną wojnę, co przyznał na Konferencji w Reykjaviku Michaił Gorbaczow. Strach przed Armią Czerwoną ustał, za to odezwały się z trudem skrywane emocje. Niemcy, które grają pierwsze skrzypce w EU (łożąc ze swojej kasy najhojniej na tę unijną zabawę) mają do USA bardzo uzasadnione pretensje. Dwa razy w minionym stuleciu interwencja amerykańska zburzyła marzenia Niemców o poukładaniu Europy po swojemu. Dwa razy za życia jednego pokolenia, Niemcy byli o krok od wygrania wojen światowych, gdy Amerykanie weszli do gry i spuścili im manto. Nawet nieprzeliczone morze krwi rosyjskich żołnierzy, którą hojnie szafował Stalin, nie powstrzymałoby Niemców pod Stalingradem, gdyby nie Lend-Lease Act – ustawa federalna z 11 marca 1941, zezwalająca prezydentowi Stanów Zjednoczonych „sprzedawać, przenosić własność, wymieniać, wydzierżawiać, pożyczać i w jakikolwiek inny sposób udostępniać innym rządom dowolne produkty ze sfery obronności”. To dzięki niej do Armii Czerwonej trafiło uzbrojenie i wyposażenie, które uratowało Sowietów od klęski. Tuszonki, czyli konserwy mięsne, którymi karmiono czerwonoarmistów pochodziły właśnie z amerykańskich dostaw i do dziś wspominane z rozrzewnieniem przez weteranów w Rosji. Amerykańskie superfortece zrównały z ziemią wszystkie miasta III Rzeszy, np. w nocy z 13 na 14 lutego 1945 w zbombardowanym Dreźnie zginęło 40.000 tysięcy ludzi. Dla porównania bomba atomowa zabiła w Nagasaki 75.000 Japończyków. Doszła do tego upokarzająca okupacja po wojnie, która oczywiście nie może się równać z wyczynami czerwonoarmistów (masowe gwałty na Niemkach i hasło „Grab zagrabione”), ale pełna jest ciemnych epizodów. Skąd np. tak dużo czarnoskórych Niemców w wieku ok. 50 lat? To efekty kontaktów (nie zawsze dobrowolnych) między Murzynami służącymi w US Army i Niemkami. Co tu zresztą dużo pisać – zapytajcie jakiegokolwiek Niemca o stosunek do USA, a wszystko będzie jasne. Niemcy szczerze, choć skrycie nienawidzą Amerykanów. Przy każdych wyborach elity polityczne wspominają, że Niemcy nie grają takiej roli w światowej polityce, na jaką zasługują – z czym akurat się zgadzam. Ukoronowaniem aspiracji niemieckich elit byłoby zajęcie stałego miejsca w Radzie Bezpieczeństwa ONZ. Ba, ale przepustką do tego klubu jest posiadanie broni atomowej. Niemcy jej nie mają i jeśli tylko o tym pomyślą na świecie podniesie się krzyk, a może nawet znów, jak w czasie II Wojny Światowej, Rosja porozumie się z USA i prewencyjnie sprawią Niemcom lanie? Co zatem robić? Francja ma broń atomową. I w zamian za pompowanie miliardów euro zabranych niemieckim podatnikom we francuskie rolnictwo, francuskie elity polityczne na to idą. Rozumiecie już skąd Niemcy i Francja są w czołówce europejskiej integracji?Francja – jest również bardzo antyamerykańska. Tu rolę grają upokorzone ambicje. Za życia jednego pokolenia, Francja przestała grać rolę arbiter elegantorum. Paryż utracił tytuł światowej stolicy kultury na rzecz Nowego Jorku, nikt nie chodzi do kina na francuskie filmy (w przeciwieństwie do megaprodukcji z Hollywood), francuski przestał być językiem elit i dyplomacji, zaś kuchnię francuską wypchnęły sieciowe restauracje rodem z USA. Nawet wino, do niedawna chlubę Francuzów, robi się teraz równie dobre, a znacznie tańsze w Kalifornii. Z dawnej przyjaźni amerykańsko-francuskiej nic już nie zostało. Przyjaźni, której owocem jest Statua Wolności podarowana narodowi amerykańskiemu przez naród francuski w stulecie podpisania deklaracji niepodległości. Tak więc znów wbrew swoim interesom przystąpiliśmy do wojny przeciw USA. Tym razem wojny gospodarczej. I ja jestem temu przeciwny. Bo Ameryka tą wojnę też wygra. Każdy kto myśli inaczej jest moim zdaniem naiwny. EU nie tylko nie wygra wojny gospodarczej ze Stanami. EU przegrywa też z Chinami. A w kolejce do skopania unijnych tyłków czekają już Indie (prawie 1,2 miliarda ludności – większość mówi po angielsku). I ja nie mam ochoty, żeby mój naród znów przyłączył się do cudzej przegranej sprawy. Czy jest mafia mięsna? Spotkanie hodowców 29 października 2008 obfitowało w różne ciekawe akcenty, jednak jeden wydaje się szczególnie ciekawy. P. Andrzej Danielak postawił odważną tezę: Czy istnieje w Polsce mafia mięsna? Na pierwszy rzut oka brzmi zabawnie. Przypomina trochę gomułkowską „aferę mięsną”. Ale czyż nie tak samo – jako zabawne traktowano nieśmiałe głosy o mafii paliwowej czy mafii węglowej? Czyż nie wyśmiewano najpierw ludzi usiłujących wskazać „grupę trzymającą władzę”? Ja w każdym razie traktuję istnienie mafii mięsnej za wielce prawdopodobne. Czy można już mówić o mafii, to sprawa do dyskusji. Że jednak są osoby umiejące przemycać do Polski różne towary z pominięciem kontroli i ceł (w tym drób) – to prawie pewne. Jak pewne jest to, że są nieźle zorganizowani. Nasza maleńka Redakcja nie jest w stanie zbadać sprawy, więc staramy się „zarazić” tematem kolegów z poczytnych dzienników. Po co na łamach Hodowcy Drobiu piszę o tym zjawisku? Byłem na spotkaniu drobiarzy 29 października w Roszcycy, poświęconemu nowym dyrektywom EU w sprawie walki z Sallmonellą. Dowiedziałem się tam, że za kłopoty polskiego drobiarstwa odpowiada Ameryka. Nic to, że to Bruksela narzuca coraz grubsze pęta polskim hodowcom, nic to, że wycofanie mączek mięsnych z paszy i antybiotyków paszowych to wynik dyrektyw unijnych. Nic to, że zalecenia brukselskie pozbawiły naszych paszowców soi GMO. Nic, że głupkowate wymagania dobrostanu powalają na kolana opłacalność produkcji. Powtarzam – nic to. Wszystkiemu winna Ameryka! ![]() Doktor wie o co chodzi Ostatnio pisałem o dr Aleksandrze Olbrycht źle. To pewnie przez zawiść. Jest młoda i ładna i w dodatku robi błyskawiczną karierę w aparacie państwowym. Pisałem, że jest młoda i powiedzmy... mało doświadczona, a wygłasza kategoryczne sądy, jakby zjadła wszystkie rozumy. Ale 29 października 2008 zaimponowała mi. Powiedziała wprost – te wszystkie unijne regulacje krępujące ręce polskim hodowcom, są dla ich dobra. Mają ich chronić przed konkurencją z zewnątrz. To wielka odwaga z jej strony, bo w unijnym zwyczaju jest mówić, że to z troski o zdrowie konsumentów. Ta odwaga może ją kosztować stanowisko, ale jak mówi Pismo św.: Z obfitości serca usta umówią. Widać, że dopuszczono już młodą doktor z Polski do unijnych poufności. Czuję, że świadomość zrobienia w trąbę coraz mocniej dociera do niedawnych euroentuzjastów. Poza oczywiście bandą darmozjadów-biurokratów, bo ci mają się coraz lepiej. Głośno jeszcze nikt tego nie mówi, bo głupio się przyznać, że się tak bardzo dało oszukać. No cóż, drodzy głosujący w referendum 7/8 czerwca 2003 za wstąpieniem do Związku Socjalistycznych Republik Europejskich. Pewnie jeszcze jakiś czas będziecie powtarzać, jak to było w zwyczaju PRL – Socjalizm tak, wypaczenia nie! Aż w końcu odważycie się głośno powiedzieć, że EU jest do d..y! Zresztą już dziś coraz mniej ludzi przyznaje się do głosowania TAK w owym haniebnym referendum i wkrótce nie będzie winnych. A póki co – Jeżeli już zamieniłeś siekierkę na kijek, udawaj, że to czarodziejska różdżka. „Polski konsument nie będzie jadł niezdrowego mięsa za Ameryki!” – grzmią obrońcy polskiego drobiarstwa. Dwie kwestie. Czy rzeczywiście mięso z USA jest niezdrowe? Czy obywatele najbogatszego państwa świata są głupi i jedzą jakieś chemiczne świństwo zamiast mięsa? Byłem w USA tylko 3 razy, ale z tego co udało mi się zauważyć (i zjeść) tamtejszy drób niczym się nie różni od tego, co można kupić w Polsce czy Europie. Jest chyba nawet bezpieczniejszy, bo system prawny pozwala na szybkie dochodzenie odszkodowań prywatnych, choćby za zatrucie pokarmowe po spożyciu niezdrowego pokarmu. Amerykanie odżywiają się niezdrowo, bo wielu pochłania niesamowite ilości pokarmów. Po prostu obżerają się na potęgę. Danielaka walka z wiatrakami Andrzej Danielak kierując od kilku lat Polskim Związkiem Zrzeszeń Hodowców i Producentów Drobiu, wciąż namawia hodowców do jednoczenia się i wspólnych działań w ochronie interesów drobiarzy. I wciąż wali głową w mur. Kiedy sytuacja jest w miarę dobra i można by pomyśleć o jakiś składkach, hodowcy nie przyjeżdżają na spotkania. Kiedy jest beznadziejnie, jak teraz, sale pękają w szwach. Ale nikt nie sięga do portfela, bo przecież „dokłada do produkcji”. To samo spotyka inne branże, w tym drobiarstwo. W obawie przed tańszym mięsem z USA, Brazylii, a ostatnio również z Chin, władze z Brukseli podnoszą wymagania dla hodowców drobiu. Co na to świat? Różnie. Jedni olewają, ewentualnie rewanżując się retorsjami w innej branży (USA odgrywają się na francuskich winach). Inni dostosowują produkcję skierowaną do EU do unijnych norm i o dziwo wciąż są tańsi – jak Brazylia i Chile. Skutkiem tych unijnych dobrodziejstw są wysokie ceny dla konsumentów, absolutna niemożność konkurowania europejskich drobiarzy na rynkach światowych (zob. ramka Co polskim hodowcom może pomóc?) przy jednoczesnym spadku opłacalności oraz (bardzo ważne) rosnąca pokusa na przemyt produktów drobiowych. (zob. ramka Czy jest mafia mięsna?) Piotr Lisiecki
|





Dwa razy w minionym stuleciu interwencja amerykańska zburzyła marzenia Niemców o poukładaniu Europy po swojemu. Dwa razy za życia jednego pokolenia, Niemcy byli o krok od wygrania wojen światowych, gdy Amerykanie weszli do gry i spuścili im manto. Nawet nieprzeliczone morze krwi rosyjskich żołnierzy, którą hojnie szafował Stalin, nie powstrzymałoby Niemców pod Stalingradem, gdyby nie Lend-Lease Act – ustawa federalna z 11 marca 1941, zezwalająca prezydentowi Stanów Zjednoczonych „sprzedawać, przenosić własność, wymieniać, wydzierżawiać, pożyczać i w jakikolwiek inny sposób udostępniać innym rządom dowolne produkty ze sfery obronności”. To dzięki niej do Armii Czerwonej trafiło uzbrojenie i wyposażenie, które uratowało Sowietów od klęski. Tuszonki, czyli konserwy mięsne, którymi karmiono czerwonoarmistów pochodziły właśnie z amerykańskich dostaw i do dziś wspominane z rozrzewnieniem przez weteranów w Rosji. Amerykańskie superfortece zrównały z ziemią wszystkie miasta III Rzeszy, np. w nocy z 13 na 14 lutego 1945 w zbombardowanym Dreźnie zginęło 40.000 tysięcy ludzi. Dla porównania bomba atomowa zabiła w Nagasaki 75.000 Japończyków. Doszła do tego upokarzająca okupacja po wojnie, która oczywiście nie może się równać z wyczynami czerwonoarmistów (masowe gwałty na Niemkach i hasło „Grab zagrabione”), ale pełna jest ciemnych epizodów. Skąd np. tak dużo czarnoskórych Niemców w wieku ok. 50 lat? To efekty kontaktów (nie zawsze dobrowolnych) między Murzynami służącymi w US Army i Niemkami. Co tu zresztą dużo pisać – zapytajcie jakiegokolwiek Niemca o stosunek do USA, a wszystko będzie jasne. Niemcy szczerze, choć skrycie nienawidzą Amerykanów. Przy każdych wyborach elity polityczne wspominają, że Niemcy nie grają takiej roli w światowej polityce, na jaką zasługują – z czym akurat się zgadzam. Ukoronowaniem aspiracji niemieckich elit byłoby zajęcie stałego miejsca w Radzie Bezpieczeństwa ONZ. Ba, ale przepustką do tego klubu jest posiadanie broni atomowej. Niemcy jej nie mają i jeśli tylko o tym pomyślą na świecie podniesie się krzyk, a może nawet znów, jak w czasie II Wojny Światowej, Rosja porozumie się z USA i prewencyjnie sprawią Niemcom lanie? Co zatem robić? Francja ma broń atomową. I w zamian za pompowanie miliardów euro zabranych niemieckim podatnikom we francuskie rolnictwo, francuskie elity polityczne na to idą. Rozumiecie już skąd Niemcy i Francja są w czołówce europejskiej integracji?
