Kursy walut

Kursy NBP z 24-05-2012
walutaskupsprz.
USD3.41583.4848
EUR4.31994.4071
CHF3.59693.6695
JPY4.30174.3887
Konto osobiste
przejdź

giełda online

Zboża paszowe
cena netto zł/t
pszenica880-910
kukurydza870-930
owiesbrak ofert
jęczmień890-930
Śruty
rzepakowa1150
sojowabrak ofert
żródło:www.rolpetrol.com.pl
przejdź
Ameryka kontra Europa cz. 1. PDF Drukuj Email
Hodowca Drobiu
Wpisany przez Jan M Fijor   

Fijor 

 

 Jedynym widocznym symptomem wychodzenia gospodarki amerykańskiej z obecnego załamania jest dramatyczna deprecjacja dolara i perspektywa hiperinflacji. Mimo trudnej sytuacji i fatalnych nastrojów, Amerykanie nie dają za wygraną. Walczą o lepsze jutro... z rządem.

Jest dobrze...

 Notebook toshiby, który jeszcze trzy miesiące temu kosztował 600 dolarów, kosztuje w Best Buy czy w Walmart o jedną trzecią więcej, podobnie jak inne dobra importowane; francuskie perfumy w boutique’ach Manhattanu, włoskie buty czy „desajnerskie” ciuchy w sklepach sieci Saks Fifth Saks Avenue czy Macy’s. W związku ze wzrostem opodatkowania podrożały licencje zawodowe, akcyza, pozwolenia budowlane oraz opłaty parkingowe. Jednakże ceny podstawowych produktów i usług od dłuższego czasu nie tylko nie rosną, lecz minimalnie spadają. Potwierdzają to dane z Departamentu Pracy, wedle których takiej „deflacji” (0,7 procenta w ciągu ostatnich 12 miesięcy) nie było w Stanach Zjednoczonych od 55 lat. Tak dzieje się z żywnością (tańszą od polskiej), benzyną (ok. 2,20 zł za litr), samochodami (w cenie o połowę niższej od naszych), telewizorami LCD i plazmą (tańszymi od europejskich o ok. 40 procent), no i nieruchomościami, które spadły do poziomu sprzed 8-10 lat. Kongresmen Joel Boniek z Montany żartował niedawno na antenie Fox News, że „mimo ogólnego pesymizmu, American Dream (amerykański sen) leży wciąż w zasięgu statystycznego obywatela Ameryki”, który tanim samochodem dojedzie do pracy, gdzie zarobi na tanią kolację, po której – w tanim telewizorze – obejrzy za darmo mecz bejsbolowy swej ulubionej drużyny, a w przerwie między poszczególnymi inningami (zagraniami) wysłucha skróconego programu informacyjnego, z którego dowie się, że co prawda rosną podatki, bezrobocie i brak jest perspektyw, ale jest to cena życia w najwspanialszym, najbardziej wolnym i najtańszym kraju świata, w którym mogłoby być lepiej, gdyby nie terroryści i kryzys, który – zdaniem prezydenta Barracka Obamy – „równie nagle się pojawił, co nagle zniknie”. Mimo optymistycznych oświadczeń – czy to z ust prezesa Rezerwy Federalnej, czy szefa Departamentu Skarbu – pojawiających się w mediach co parę tygodni, zaufanie Amerykanów do kondycji moralnej i intelektualnej polityków i rządu jest coraz słabsze.

I niedobrze

 Bowiem rzeczywistość nie jest optymistyczna. Mimo niskich cen, wielkie amerykańskie centra handlowe przypominają wymarłe miasta. W oknach wystawowych więcej ogłoszeń „lokal do wynajęcia” niż reklam. Bankrutuje Kalifornia, największy, najbogatszy stan Unii, na krawędzi upadłości znajduje się Nowy Jork. Nie pomogła miliardowa pomoc publiczna i pakiety stymulacyjne, zbankrutowało już 36 banków, kilka dużych firm ubezpieczeniowych, finansowych, upadają giganty przemysłowe. W fazie bankructwa jest General Motors i Chrysler, a to pociągnie za sobą upadek tysięcy podwykonawców i ponad 3500 firm dealerskich. Doniesienia z rynku pracy są równie ponure. W rejonie Wielkich Jezior (Środkowy Zachód: Michigan, Illinois, Ohio, Indiana, Wisconsin), które jeszcze 30 lat temu były zagłębiem przemysłowym Stanów Zjednoczonych bezrobocie jest wyższe niż w Polsce i sięga aż 12,9 procent. Ostatni raz tak podły wynik notowano w czasie głębokiej recesji z pierwszej kadencji prezydentury Ronalda Reaga, na początku lat 1980. Wprawdzie Michigan i Ohio to centrum amerykańskiego przemysłu motoryzacyjnego, przeżywającego głęboką zapaść, problem w tym, że w rejonie tym od lat nie powstały żadne inne, znaczące miejsca pracy w przemyśle. Krajowa średnia bezrobocia jest wciąż jednocyfrowa, ale przekroczenie pułapu 10 procent w skali kraju jest kwestią tygodni. Ekonomiści z Departamentu Skarbu i Komisji Fiskalnej Kongresu są zdania, że w rejonie Środkowego Zachodu (szczególnie w Michigan i Ohio) bezrobocie sięgnie 14 procent jeszcze w tym roku, by podnieść się do 16 procent w połowie roku 2010. Są to szacunki optymistyczne, zwłaszcza że recesja jaką Reagan odziedziczył po Jimmy Carterze jest niczym w porównaniu z tym, co George W. Bush przekazał w styczniu 2009 obecnemu włodarzowi Białego Domu. Pracę tracą wszyscy, przeważnie jednak robotnicy i przedstawiciele klasy średniej, która była dotąd fundamentem siły gospodarczej USA. Co gorsza, nowy prezydent marzy o tym, by zostać drugim FDR (Franklin Delano Roosevelt) i chyba dlatego tak chętnie posługuje się skompromitowaną receptą lorda Keynesa. Słuchając wypowiedzi Obamy można odnieść wrażenie, że nie tylko nie zdaje sobie sprawy z powagi sytuacji, ale wręcz perspektywa Depresji go cieszy. Liczy na wejście do historii? Jeśli już, to co najwyżej, jako prezydent, który zniszczył dolara; od połowy maja parytet waluty amerykańskiej w stosunku do większości głównych walut świata, a wraz z nim wartość amerykańskich obligacji skarbowych spadają w tempie 3-4 procent tygodniowo! 22 maja b.r. Standard and Poor ostrzegł Biały Dom i sekretarza skarbu, Timothy Geithnera, że w obliczu rosnącej inflacji i braku postępów w „stymulowaniu” obniży rating dołujących obligacji skarbowych USA poniżej dotychczasowego AAA. Nawet orędownik interwencjonizmu, noblista, Paul Krugman przyznał na łamach New York Times, że dzieje się coś naprawdę wyjątkowego.

Cdn.

Jan M Fijor
www.fijor.com

 

Tags: na drugi rzut oka