| Do góry nogami - Rozmowy przy pożarze buszu |
|
|
|
| Hodowca Trzody Chlewnej | |||
| Wpisany przez Jan M Fijor | |||
|
I chociaż australijska przyroda, suchy i upalny klimat sprzyjają pożarom buszu, większości nieszczęść i strat można by zapobiec. Do takiej konkluzji prowadzą rozmowy z ofiarami żywiołu, a zwłaszcza z tymi, którzy chcą się przed nim zabezpieczyć. Zemsta misia koali Pożary buszu zdarzały się w Australii odkąd sięga pamięć ludzka. W ciągu ostatnich trzystu lat zginęło w nich prawie 650 osób. Ich powodem są upały, susze, silne wiatry. Na ich dramatyczny i tragiczny przebieg ma jednak specyfika australijskiej flory, czyli krzewy, a zwłaszcza drzewa eukaliptusowe. W liściach eukaliptusa, którymi zajadają się sympatyczne niedźwiadki koala znajdują się odurzające olejki eteryczne, które są niestety wyjkątkowo łatwopalne. Podgrzany do kilkuset stopni las eukaliptusowy płonie niemal jak gaz ziemny, a jeśli do tego wieje wiatr, ogień rozprzestrzenia się w tempie stu, a nawet więcej metrów w ciągu kilkunastu sekund. Wiele ofiar pożarów australijskiego buszu nie było w stanie biec szybciej niż pędziła za nimi śmiercionośna bomba ognia. Wielu z nich bomba płonącego gazu dopadała w tym biegu. Prawdziwi podpalacze Enwironmentaliści podkreślają, i całkiem słusznie, że bezpośrednią przyczyna ostatniej (od 1 do 10 lutego 2009) fali pożarów, podobnie jak wszystkich podobnych tego typu wypadków w ciągu ostatnich dwustu lat, a więc od momentu, gdy ktoś je notuje, była działalność człowieka. Rzucony niedopałek, głupi żart, iskra z lokomotywy czy inna nierozważna, częściej bezmyślna ingerencja człowieka. Tego nikt nie kwestionuje, zwłaszcza że już w parę dni po wybuchu tegorocznych pożarów w stanie Victoria władze aresztowały kilku młokosów, którzy przyznali się do podpaleń. Ochroniarze zapominają jednak, że i oni są tylko ludźmi. Ta ich ortodoksja i despotyzm w sprawach środowiska sprawia, na przykład, że mało kto, a właściwie nikt nie zadaje sobie pytania, jak to możliwe, że właśnie Australia jest taka łatwopalna. Gdy się nad tym głębiej zastanowić okaże się, że o ile bezpośrednią przyczyną wybuchu pożarów jest człowiek, to jednak nie jest nim beztroski młokos czy bezmyślny chuligan, lecz działający z uporem i premedytacją ochroniarze i politycy. Co więcej, zlokalizowanie prawdziwego winowajcy wyjaśniła także, dlaczego mimo rosnących nakładów na ochronę przeciwpożarową, każdy następny pożar buszu przynosi więcej ofiar w ludziach i więcej strat materialnych niż poprzednie. Lutowy pożar w stanie Victoria był pod względem strat rekordowy; zginęło 209 osób, a dach nad głową straciło prawie 1850 rodzi. Rodzi się zatem pytanie: co sprawia, że kilkaset tysięcy Australijczyków zamieszkujących przedmieścia wielkich miast Australii ryzykuje życiem, osiedlając się mimo ogromnego zagrożenia życia, w sercu eukaliptusowego lasu czy buszu? Ekoterroryzm Trzecią co do wielkości siłą polityczną Australii, po Partii Pracy i Patii Konserwatywnej są Zieloni (Greens), którzy podobnie jak u nas PSL stanowią oczko w głowie głównych sił politycznych, dla których Zieloni są potencjalnymi koalicjantami. Zieloni, dla których naturalnym elektoratem są bojownicy o ochronę środowiska oraz aktywiści ruchów z nią związanych stają na głowie, aby w kwestii środowiska nie dopuścić do jakiegokolwiek kompromisu. Nawet za cenę życia ludzkiego. O tym, że tak jest przekonał się na własnej skórze trzy lata temu nasz rodak, Lech N., który postanowił na swej własnej posesji wyciąć 11 krzewów, ponieważ utrudniały wjazd i wyjazd, ich system korzeni niszczył kanalizację, a także ze względu na zagrożenie przeciwpożarowe. Posiadłość, o której mowa znajduje się bowiem w miasteczku Berowra, szczególnie hojnie obrośniętym buszem. Pan N. wiedział co prawda, że wycięcie krzewów wymaga zezwolenia władz gminnych, nie wiedział tego jednak kuzyn z kraju, który go w owym czasie właśnie odwiedził. Chcąc się zrewanżować za gościnę, postanowił kuzyn krzewy wyciąć samemu, czyniąc to jeszcze zanim N. otrzymał decyzję rady gminy. Przez myśl mu nie przeszło, że ten drobny zabieg może wywołać aż takie skutki. Lekcja poszła w busz Czyżby się coś zmieniało? Skądże znowu. Sprawa naszego rodaka to nic nie znaczący wypadek w polityce ortodoksji ekologicznej. Świadczy o tym chociażby poruszający przypadek pewnego mieszkańca Reedy Creek w stanie Victoria, nieopodal Melbourne, opisany przez reporterów melbourneńskiego dziennika The Age. Chodzi o niejakiego Liama Sheahana, który siedem lat temu – wbrew decyzji gminy zakazującej mu wycięcie – dla poprawy bezpieczeństwa przeciwpożarowego – dwustu spośród ponad 3000 krzaków rosnących na terenie jego posiadłości – postawił na swoim i krzewy jednak wyciął, co go nb. kosztowało grubo ponad 200 tysięcy dolarów australijskich (ok. pół miliona złotych) w postaci grzywien i innych kar. „Wolałem zapłacić niż ryzykować życiem” – powiedział reporterowi lokalnego radia, wychodząc z sądu wiosną 2002 roku. Przypomniano sobie o nim dopiero w lutym 2009 roku, gdy okazało się, że dom rodziny Sheahan był jedynym zabudowaniem z Reedy Creek w promieniu dwóch kilometrów, który wyszedł cało z ostatniego pożaru buszu. Nie trzeba dodawać, że dzięki temu Sheahanowie wyszli cało ze śmiertelnego pożaru. Nawet działacze od ochrony środowiska nie mieli cienia wątpliwości, że swoje uratowanie rodzina ta zawdzięcza wycięciu zbędnych krzaków siedem lat wcześniej. Jan M Fijor, www.fijor.com
|





