| Walczmy o swój byt! |
|
|
|
| Indyk Polski | |||
| Wpisany przez Katarzyna Markowska | |||
|
3 grudnia ub. r. środowisko drobiarskie obiegła wiadomość o wykryciu pierwszego przypadku ptasiej grypy w stadach produkcyjnych. Opinia publiczna dowiedziała się o tym fakcie parę dni później. Był to początek drastycznego spadku cen skupu żywca. Kolejny gwóźdź do trumny – jak określają drobiarze. A wszystko zaczęło się od wycofania antybiotyków z żywienia zwierząt, potem zakaz stosowania mączek mięsno-kostnych, groźba uniemożliwienia stosowania pasz wyprodukowanych na bazie roślin genetycznie modyfikowanych oraz ptasia grypa. Co zrobić, gdy ceny skupu kształtują się na poziomie niższym niż koszt wytworzenia? O tym myślą producenci indyków w całym kraju. Jedną z ostatnich inicjatyw właścicieli ferm jest stworzenie stowarzyszenia skupionego wokół Grupy Kapitałowej Indykpol S.A. Polskie drobiarstwo początku XXI wieku 20 marca 2008 roku grupa 18 producentów indyków, reprezentowanych przez Wojciecha Mączkowskiego, Andrzeja Wiśniewskiego, Jolantę Niesiobędzką, Kazimierza Potorskiego i Krzysztofa Jakubowskiego - wystosowała pismo do prezesa Indykpolu p. Piotra Kulikowskiego w celu podjęcia rozmów dotyczących opracowania wspólnego programu przeciwdziałaniu dalszym stratom finansowym w procesie produkcji żywca indyczego. Głównym tematem rozmów miało być ustalenie gwarantowanej ceny żywca, która ma pokrywać realne koszty odchowu i podlegać aktualizacji w miarę wzrostu kosztów produkcji. Kolejnym tematem rozmów miało być opracowanie racjonalnej ceny dnia, wliczając w to dopłaty za paszę i współpracę. Innym postulatem wnoszonym przez grupę jest odstąpienie od uzależniania ceny żywca od poziomu procentowego WIS oraz określenie ścisłych kryteriów poziomu konfiskat. Według kontrahentów bowiem, porównaniu do innych zakładów ich poziom w zakładach Indykpolu, jest znacznie większy. Hodowcom nie podoba się również, że za konfiskaty obciążani są oni sami. Na kondycję finansową hodowców wpłynęłoby także skrócenie terminu płatności za żywiec do 14 dni. Hodowcy uważają także za mylące i negatywnie wpływające na poziom cen rynkowych, podawanie do ogólnych wiadomości cen podstawowych, bez dopłat za paszę, za uzysk piersi i współpracę. Podjęcie rozmów miało być warunkiem utrzymania kolejnych wstawień piskląt według zawartych umów. Niestety, zaprzestanie produkcji byłoby koniecznością w obecnych warunkach, gdyż pieniądze otrzymywane za sprzedaż ptaków, nie tylko nie pokrywają kosztów produkcji, ale także pogłębiają tak już ogromne długi hodowców. Po obejrzeniu meczu Polska - Austria upewniłem się w przekonaniu, że obecne czasy nie mają nic wspólnego z klasą, honorem i uczciwością. Każdy ciągnie w swoją stronę, niekoniecznie uczciwie wykorzystując do tego celu nieudolne prawo i siłę monopolisty. Wyrzuty sumienia odeszły do lamusa i za parę lat można będzie o tym przeczytać tylko w literaturze. Takie spektakularne czyny przenoszą się na naszą codzienność. W biznesie jest coraz więcej takich przypadków i ludzi, dla których ważny jest cel, a droga do niego niekoniecznie musi być uczciwa. Swoje słowo, honor i uczciwość chowają tak głęboko, jak to zrobił na oczach milionów kibiców sędzia Weeb w chwili, gdy odgwizdał karnego w 93 minucie meczu. Podobnie jest w naszym biznesie i drobiarstwie. Ostatnie miesiące dają przykładów aż nadto. Ptasia grypa miała tyle wspólnego z obniżką cen skupu żywca, co zamach na arcyksięcia Austro-Węgier Franciszka Ferdynanda na rozpoczęcie pierwszej Wojny Światowej w 1914 roku. W Polsce jest za duże rozdrobnienie wśród hodowców i dlatego wszystkie klęski skupiają się właśnie na nich. Nikt ich nie chroni, żadne prawo, czy zasady, nawet sami nie potrafią się bronić przed wykorzystywaniem ich przez inne ogniwa wspólnego - wydawałoby się interesu zwanego drobiarstwem. W procesie prywatyzacyjnym producenci zwierząt, jak i rolnicy, zostali pominięci i dlatego nie mogą funkcjonować tak jak farmerzy na zachodzie. W całej Europie Zachodniej producent rolny jest jednym z ogniw procesu od pola do stołu i równorzędnym partnerem dla wytwórni pasz, czy ubojni. Jeżeli ceny skupu obniżają się, strata zostaje równomiernie rozłożona na wszystkich partnerów. W naszych polskich realiach jest wręcz odwrotnie – każde przedsiębiorstwo dba jedynie o własny wynik finansowy, a kosztami załamania rynku obciąża się jedynie producenta rolnego. Od grudnia 2007 roku producenci indyków rzeźnych tracą fortuny na skutek sztucznie zaniżonych cen skupu żywca. Przy tak funkcjonującym rynku, nie ma co liczyć na zmianę (poprawę) sytuacji finansowej. My też powinniśmy zarabiać! Mniej lub więcej, ale zarabiać! W całym łańcuchu produkcyjnym wszyscy, to znaczy: lekarze wet, wylęgarnie, wytwórnie pasz, wytwórcy leków i dodatków paszowych, ubojnie, hurtownie, handel i wielu innych zarabiają, więc praca hodowcy też musi być wkalkulowana w cenę mięsa drobiowego. Hodowca, nie z własnej woli jest sponsorem klienta kupującego w sklepie mięso drobiowe. Swoją drogą ludzie z „ogniw” naszego wspólnego drobiarskiego łańcuszka powinni się odrobinę zastanowić, komu będą sprzedawać swoje produkty, czy usługi, jeżeli większość hodowców upadnie. Załamanie rynku staje się dzisiaj widoczne – tworzą się, bowiem poważne zatory płatnicze. Do świadomości wszystkich musi dotrzeć fakt, że wspomniane powyżej firmy żyją z obsługi stad produkcyjnych i ten problem JEST NASZYM WSPÓLNYM PROBLEMEM! Pojedynczo nie jesteśmy w stanie nic zdziałać. Nie mam tu na myśli tylko walki o wyższą cenę skupu żywca, ale również o obniżenie naszych kosztów produkcji. Razem możemy być siłą, która będzie poważnie traktowana przez innych. W ślad za powiedzeniem, że bieda łączy, wszyscy hodowcy powinni zastanowić się nad swoim losem i poważnie pomyśleć o połączeniu sił, bo czas jest ku temu najwyższy. Nie trzeba od razu stawiać sprawy na barykadach (mam na myśli metody Lepperopodobne), ale trzeba uzmysłowić wszystkim, że nie można nas spychać na margines i traktować jak kury znoszące złote jajka, lub intruza w interesach. Bez produkcji hodowców inni nie mają racji bytu – może tylko handel. Wszyscy musimy uzmysłowić sobie, że tworzymy sporą grupę, bez której drobiarstwo w Polsce nie istnieje, a co za tym idzie, inni też nie będą potrzebni. Koncerny z całego świata tylko czyhają na okazję, by wejść w powstałą przez bankructwa rolników lukę. Wówczas z producentów drobiu, staniemy się jedynie konsumentami. Uważamy, że nadprodukcja mięsa indyczego w Polsce jest mitem. Wszystkie ubojnie pracują na pełnych obrotach, a na chłodnie odkładane są tylko niewielkie ilości niektórych elementów. Zastanówmy się, która z ubojni ograniczyła skup kontraktacyjny żywca? Może trzeba będzie zmniejszyć produkcję żywca przez ograniczanie liczby wstawionych piskląt lub zwiększyć przerwy między wstawieniami. Tylko, kto ma o tym zadecydować i w czyim jest to interesie? Wydaje się, że nie w interesie ubojni, bo zawsze można zrzucić winę za nadprodukcję na hodowców i w ślad za tym obniżyć cenę skupu. Popatrzmy, jakich zabezpieczeń żądają od nas hodowców banki, wytwórnie pasz, czy ubojnie. Każdy zabezpiecza swój kawałek, od wpisu na hipotekę do przewłaszczenia naszego stada włącznie, natomiast jak zabezpieczony jest interes hodowcy? Hodowca niejednokrotnie oddaje (ostatnio tak właśnie się mówi, oddaje - nie sprzedaje) żywiec wart setki tysięcy złotych bez żadnego zabezpieczenia. Wszyscy dobrze wiemy jak jednostronne są wszelkie umowy kontraktacyjne chroniące tylko jedną stronę - ubojnię. Nic w tym dziwnego, przecież to one tworzą ze sztabem prawników dokument, który zabezpieczy ich interesy przed problemami. Jakich natomiast gwarancji jakościowych udziela wylęgarnia, wytwórnia pasz, sprzedawca gazu i wielu innych dostawców swoich produktów na nasze fermy? Wyegzekwowanie odpowiedniej jakości towaru zgodnego z normami nawet w sądach, w pojedynkę, jest prawie niemożliwe. W takiej sytuacji hodowca stoi z góry na straconej pozycji i wszelkie błędy innych, czy wahnięcia na rynku odbijają się właśnie na hodowcach. Ubojnie podpisują umowy na każdą ilość drobiu patrząc tylko na własne możliwości ubojowe nie zaś na możliwość sprzedaży. Kiedy towar sprzedaje się słabiej, zaniża ceny skupu żywca tłumacząc to nadprodukcją, którą tak naprawdę sami spowodowali. Czymże jest podpisanie warunków szczegółowych, jak nie podpisaniem umowy na wykonanie dzieła w postaci ściśle określonej masy żywca? Hodowcy traktowani są jak bufor bezpieczeństwa finansowego interesów ubojni. Jak długo wytrzymamy taką sytuację? Nie możemy mieć pretensji do nikogo prócz siebie – „oni” fachowo zabezpieczają swoje interesy - my tego nie robimy, bo jesteśmy za mali i za bardzo rozdrobnieni. Pomyślmy zatem o własnej wytwórni pasz, ubojni, przetwórni lub dystrybucji? Może jednak zmienić profil produkcji na niezwiązany z rolnictwem? Przed nami hodowcami trudne decyzje. Musimy je jednak podjąć jak najszybciej, bo czas goni, a banki i nasze rodziny domagają się od nas dodatnich wyników finansowych. W obecnej sytuacji bezczynność jest niczym innym jak oczekiwaniem na kolejny cud w Polsce. Producent indyków rzeźnych: Wojciech Mączkowski Lipowiec 19.06.2008 r. W rezultacie do spotkania z prezesem Piotrem Kulikowskim doszło 1 kwietnia 2008 r., na którym ustalono, iż Indykpol będzie podawał do ogólnej wiadomości średnią cenę żywca płaconą za poprzedni tydzień z uwzględnieniem wszystkich dodatków. Obie strony wystosowały pismo do Powiatowego Lekarza Weterynarii dotyczące dokonywania przez inspektorów nadmiernych konfiskat w zakładzie należącym do tej spółki. Indykpol zobowiązał się także do odstąpienia za potrącenia za koszty utylizacji konfiskat. Udało się wówczas ustalić podwyższenie o 10 groszy ceny skupu oraz skrócenie terminu płatności do 21 dni. Hodowcy natomiast zobowiązali się do odstąpienia od zamiaru wstrzymania wstawień piskląt minimalnie do końca pierwszego półrocza. Grupę inicjatywną stowarzyszenia pozytywnie zaskoczył fakt udostępnienia przez prezesa Indykpolu nazwisk oraz kontaktów do właścicieli pozostałych ferm. Umożliwiło to kontakt z osobami zainteresowanymi powstawaniem zrzeszenia wokół Indykpolu. Warto dodać, że obecnie to nieformalne jeszcze stowarzyszenie liczy sobie już 9 członków. Na 22 kwietnia ustalono termin następnego spotkania, na którym miały zostać omówione kalkulacje kosztów w celu ustalenia ceny gwarantowanej. Kilka dni później producenci spotkali się po raz kolejny, aby w swoim gronie omówić zasady określania poziomu kosztów produkcji. Została ona ostatecznie ustalona na 4,63 dla indyczki oraz 4,97 dla indora. Natomiast według kalkulacji Indykpolu wyniosła ona 4,83 zł, ponieważ nie uwzględniała wyższych kosztów utylizacji oraz wyższego zużycia paszy (pasze przygotowywane przez firmy paszowe nie są w stanie zapewnić przyrostów przewidywanych w normach, większe są także zużycia paszy). W rezultacie jednak ustalono cenę gwarantowaną według wzoru – 84% (pasza + pisklęta) + 1,01 zł koszty pozostałe dla indorka i 0,85 zł dla indyczki, co wyniosło odpowiednio na połowę maja 4,45 i 4,15. Należy jednak zaznaczyć, że cena ta podlega zmianom, zależności od wahań cen środków do produkcji. Ustalenie ceny gwarantowanej jest niezwykle trudne, ale konieczne. Hodowcy pytani jaki procent marży byłby dla nich satysfakcjonujący odpowiadają, iż chodzi jedyne o 5% ponad kosztami produkcji. Należy też wziąć pod uwagę straty, jakie zostały poniesione przez fermy w tym i ubiegłym roku, co przy tak ogromnej skali, z jaką mamy do czynienia w przypadku niektórych z nich, są to miliony złotych. Hodowcy chcą także większej dowolności w doborze wytwórni pasz. Obecnie do pakietu należą trzy wytwórnie: Agrocentrum, Provimi oraz Wipasz. Ogranicza to swobodę wyboru hodowców, którzy i tak za tą paszę płacą ze swojej kieszeni. Jak podkreślają, oczywiście nie chodzi o pełną dowolność, gdyż pasze, z których korzystają producenci muszą być wiadomego pochodzenia o wysokich standardach bezpieczeństwa. Po wielu naciskach ze strony producentów, na dniach ma dojść do spotkań z przedstawicielami wytwórni w celu omówienia poprawy parametrów jakościowych paszy, a także obniżenia jej ceny. Stowarzyszenie jest przekonane, iż w obliczu kryzysu związanego z wystąpieniem ptasiej grypy nie było żadnych ekonomicznych przesłanek do tego, aby tak drastycznie obniżyć ceny. Na dowód tego podają dane finasowe publikowane przez grupę Kapitałową Indykpol za I kwartał. Zwracają na przykład uwagę na wzrost kosztów ogólnego zarządu aż o 14,8%. Ich zdaniem wystąpienie ptasiej grypy dało jedynie powód ubojniom do zbijania cen żywca. Jak podkreślają producenci, partnerska umowa to także ustalenie odbioru żywca w momencie, gdy jest on najbardziej ekonomicznie uzasadniony. Nad tym także zdaniem stowarzyszenia należy pracować. Powstanie, jak na razie nieformalnego stowarzyszenie hodowców skupionych wokół Grupy Kapitałowej Indykpol S.A., wywołało szum w środowisku i pociągnęło za sobą inicjatywy zrzeszania się wokół innych ubojni. Według naszych informacji ceny gwarantowane zostały ustalone także przez inne ubojnie – Ekodrob oraz Łukosz. Niestety, naszą narodową cechą jest wciąż niechęć do takich form wspierania działalności gospodarczej. Pomysłów i rozwiązań jest dużo, gorzej z ich realizacją. Jedną z form może być tworzenie grup producenckich, do których działalności przewidziane są dotacje unijne – pisaliśmy o tym w Indyku Polskim nr 16 i 17. Jedno jest pewne hodowcy to dzisiaj siła, która walczy o wypracowanie partnerskich umów z ubojniami. To dopiero początek, ale trzeba brać pod uwagę, iż coraz więcej osób dla obrony swoich interesów będzie wstępowało do różnego rodzaju zrzeszeń, a to pomoże wypracować, miejmy nadzieję, satysfakcjonujące rozwiązanie dla obu stron. Zakłady muszą brać pod uwagę, że inwestycje i podwyżki dla pracowników nie mogą odbywać się już kosztem dostawców żywca, bo wkrótce może się okazać, że nie będzie już polskiego drobiarstwa.
|





Dla nikogo nie jest tajemnicą, że fermy związane kontraktacją z zakładami należącymi do firmy Indykpol należą do tzw. pakietu. Ubojnia wyznacza dostawców środków do produkcji – tzn. pasz, piskląt, gazu oraz odbiera żywiec po cenach rynkowych. Oczywiście nie są to ceny satysfakcjonujące hodowców! Co więc dzieje się, gdy w momencie wzrostu cen pasz i przy jednoczesnym spadku cen skupu, producent nie jest w stanie zapłacić za dostarczony, przez firmy współpracujące, towar – odpowiedź jest prosta - zajmuje ona mienie w postaci żywca indyczego! I to właśnie m.in. nie podoba się producentom indyków rzeźnych. Umowa pakietowa jest tak skonstruowana, że to sami hodowcy wykładają pieniądze za pasze i pisklęta, a ubojnia i firmy z nią współpracujące „kładą ręce” na pieniądzach ze sprzedaży żywca, zabezpieczając w ten sposób swój interes. 

