| Każdy musi odpowiadać za swoje sukcesy i swoje błędy |
|
|
|
| Indyk Polski | |||
| Wpisany przez Katarzyna Markowska | |||
|
Rozmowa z Wojciechem Mączkowskim prezesem stowarzyszenia „Olsztyńskie Stowarzyszenie Producentów Drobiu” – grupy skupionej wokół Grupy Kapitałowej Indykpol SA. W naszym kraju istnieją 3 ogólnopolskie organizacja drobiarskie – KRD, KIPDiP oraz Polski Związek Zrzeszeń Hodowców i Producentów Drobiu, każda z nich ma swoje zadania statutowe. Dlaczego więc wciąż istnieje potrzeba zrzeszenia się producentów drobiu? Myślę, że konieczne i celowe jest zrzeszanie się „na dole”. Jest szybszy przepływ informacji i nie są one przekłamywane. My opieramy się na faktycznych danych. Wymienione organizacje drobiarskie działają na innym gruncie i mają inne zadania, ale cele mamy wspólne. Głównym celem wszystkich organizacji drobiarskich jest uregulowanie rynku. Wydaje się, że mamy obecnie wolny rynek i że obowiązują tutaj zasady popytu i podaży. Do końca jednak tak nie jest, gdyż każdy rynek wymaga regulacji choćby po to, by przystosować produkcję do zapotrzebowania klientów. My hodowcy też w tym musimy uczestniczyć.
Sytuacja producentów indyków w Polsce jest tragiczna. W chwili obecnej nie ma hodowcy, który nie poniósłby strat finansowych na swojej fermie indyków. Nasze gospodarstwa są wysoce wyspecjalizowane w produkcji indyka. Dzięki zaciągniętym kredytom na budowę i modernizację ferm (udzielanych chętnie przez banki) hodowla drobiu bardzo się rozwinęła, gdyż kredyty były dotowane i poręczane przez państwo. Nikt jednak nie kontrolował ilości przyznawanych kredytów i budowanych kurników. Doprowadziło to do nadprodukcji mięsa indyczego. Zaprzestanie lub ograniczenie produkcji, czy też zmiana profilu pociągnie za sobą natychmiastową wymagalność spłaty kredytów na komercyjnych warunkach. Producenci drobiu znaleźli się w pułapce. Część hodowców zaprzestała produkcji, ale większość ma kredyty, które trzeba spłacać, pracowników którym należy wypłacić wynagrodzenie i rodziny, które trzeba nakarmić. Stąd też konieczne są kolejne wstawienia, a brak ich efektywności pogłębiają i tak już duże straty.
W każdej ubojni jest inaczej. W większości mniejszych ubojni współpracuje się bez umów kontraktacyjnych, ale we wszystkich ceny są brane „z kapelusza”. Po stronie hodowców nie ma kalkulacji kosztowej. Czasem umowa kontraktacyjna jest wybawieniem, ale czasem karą, ponieważ duże ubojnie (gdzie obowiązują umowy kontraktacyjne) na podwyżki żywca na rynku reagują wolniej. Nie znam przypadku, aby jakakolwiek ubojnia traktowała hodowcę jak partnera, chyba że akurat brakuje żywca na rynku. W czasie, gdy panowała ptasia grypa ubojnie wykorzystywały sytuację i bez żenady kupowały indyki po symbolicznej złotówce za kilogram. Gdy zaczyna brakować żywca na rynku, przedstawiciele ubojni wyjeżdżają w teren „żebrząc” o żywiec. W sytuacjach takich aż prosi się o uregulowanie rynku, bo postępowanie jednych i drugich jest żenujące.
Szanse na uregulowanie rynku drobiarskiego są duże. Obecna sytuacja powinna uzmysłowić nam, że bez współpracy wszystkich ogniw łańcucha drobiarskiego, inne nie mają prawa bytu. Trudnym zadaniem jest dostosowanie naszego prawa do prawa unijnego i ochrona rodzimego rynku przed nieuczciwą konkurencją. Na tym polu ogromne zadania stoją przed rządzącymi i ustawodawcami, którzy muszą wprowadzić kilka nowelizacji do naszego prawa, ale bez naszych wskazówek i podpowiedzi nie poznają wszystkich bolączek rynku drobiarskiego. Dziękuję za rozmowę i życzę wytrwałości w swoich działaniach.
|






