Kursy walut

Kursy NBP z 23-05-2012
walutaskupsprz.
USD3.35933.4271
EUR4.28554.3721
CHF3.56853.6405
JPY4.20704.2920
szkoły policealne
przejdź

giełda online

Zboża paszowe
cena netto zł/t
pszenica880-910
kukurydza870-930
owiesbrak ofert
jęczmień890-930
Śruty
rzepakowa1150
sojowabrak ofert
żródło:www.rolpetrol.com.pl
Niedźwiedzia pomoc PDF Drukuj Email
Hodowca Bydła
Wpisany przez Jan M Fijor   


Dopłaty do ziemi to dobra rzecz – mówią polscy chłopi, choć w duchu większość z nich uważa, że to niedźwiedzia przysługa. Tylko nieliczni wiedzą, że nam te pieniądze mogą wyjść bokiem.

Sojusz podatkowo – chłopski

W życiu rodziny Mieczysława Cz., rolnika z gminy Wicko w powiecie lęborskim po 2004 roku, czyli po wejściu Polski do Unii nie zaszły jakieś większe zmiany. Chyba, żeby za taką zmianę uznać kupno „plazmy” i zastąpienie starego malucha nową astrą. Gorzej jest z jego gospodarstwem, które od trzech lat nie produkuje niczego, bo to się nie opłaca. Dlatego Mieczysław Cz., 12 hektarów ziemi, zamiast z rolnictwa żyje z „pokątnego handlu” materiałami opałowymi i z prac dorywczych. To, co dostaje z Unii, średnio niecałe dwa tysiące miesięcznie, przeznacza na podniesienie stopy życiowej, „żeby na wsi żyło się lepiej”. Przystąpił do atrakcyjnego programu rolno-środowiskowego, który w zamian za to, że dwa razy do roku skosi swoje łąki, pozwala mu tę jakość życia poprawiać.

 W analogicznej sytuacji są miliony polskich rolników z grupy biedniaków, dla których dopłaty bezpośrednie czy programy rolno-środowiskowe są jedynie źródłem gotówki, z której tylko niewielka część przeznaczana jest na rozwój gospodarstwa. I trudno im się dziwić. Dzisiaj powierzchnia statystycznego gospodarstwa wynosi 10 hektarów, do niedawna było ich zaledwie siedem. Z takiego areału bicza nie ukręci. Kupno dodatkowych hektarów, ze względu na rosnące w dwucyfrowym tempie ceny gruntów, dla wielu z nich leży poza zasięgiem możliwości. Dlatego chłopi cicho siedzą i modlą się, żeby unia płaciła jak najdłużej. Tylko niewielu z nich zdaje sobie sprawę z tego, że w regulacjach Wspólnej Polityki Rolnej, znanej pod skrótem (nomen omen): CAP, zapisano, iż adresat funduszy unijnych, który za pieniądze otrzymane w ramach programów pomocowych nie podniósł kultury rolnej w swoim gospodarstwie „na odpowiedni poziom” może być zmuszony do zwrotu pieniędzy wraz z odsetkami.
 Jeśli nawet ten najczarniejszy z czarnych scenariuszy dotyczących polskiego rolnictwa nie zostanie zrealizowany sytuacja polskiej wsi, nie licząc dużych producentów, a raczej potentatów powierzchniowych, którzy korzystają z unijnej manny, od czasów Gierka nie tylko się nie polepszyła, lecz wręcz pogorszyła. Nadal dominują mali producenci, nadal gospodarstwa nie przynoszą zysku, różnica na gorsze polega na tym, że dzisiaj chłop produkujący na własne potrzeby musi się ze swoją produkcją ukrywać.
 Ale nawet średniakom (od 30-50 ha) bez unijnych pieniędzy jest trudno.
 Na skutek interwencji państwa wymuszonej przez CAP, co jakiś czas pojawiają się „góry” masła, mięsa i innych produktów, za które nikt nie chce zapłacić nawet tyle, ile kosztowała ich produkcja. A kosztowała wiele, bo producenci wciąż posiadają mało kapitału, a więc mało maszyn, oszczędzają na drogich nawozach i środkach ochrony roślin. Sezonowe interwencje państwa sytuacji nie poprawiają, pogarszając stan mitycznych finansów publicznych. Ratując się przed katastrofą finansową rząd odchodzi od skupu interwencyjnego. Alternatywą są kwoty wyznaczane przez centralnego planistę brukselskiego dla poszczególnych krajów. Rolnik wie, ile może wyprodukować, za wyprodukowanie mniej otrzymuje dopłatę kompensacyjną, która dla rolnictwa oznacza wyrok śmierci.
 Najbardziej opłaca się niczego nie produkować i żyć za pieniądze z Unii – mówi Adam D. doktorant SGGW. W ten sposób nie ma co prawda nadprodukcji żywności, ale rodzi się drożyzna. Gdyby chociaż rozpocząć w Europie odejście od drogiego i niedobrego rolnictwa, a w jego miejsce importować żywność z krajów Trzeciego Świata. Nic z tego, politycy w obawie przed wyjściem rolników na ulice (lub, tak jak ostatnio we Francji zrobili mleczarze, na pola) wolą przelewać ciężkie miliardy pieniędzy europejskiego podatnika na konta afrykańskich czy azjatyckich kacyków, zamiast pozwolić producentom z tych krajów sprzedawać do Europy tanią i smaczna żywność. Efekty takiej regulacji widać chociażby na przykładzie polskiego cukru. Mocno regulowany rynek cukru doprowadził do spadku jego produkcji, trzykrotnej podwyżki cen, a także do likwidacji cukrowni i gospodarstwa nastawionych na buraki cukrowe.
Czy to ma być polityka rolna?

Pojawiają się głosy, że interwencje państwa w rolnictwie doprowadzą w ciągu najbliższych 15-20 lat do katastrofy. Tak w Polsce, jak i w reszcie Europy. Od 2005 roku udział wydatków na żywność w wydatkach ludności ogółem powoli, ale konsekwentnie rośnie. W tym samym tempie spada udział dochodów z produkcji na rzecz subsydiów, funduszy pomocowych i innych form dotowania rolnictwa. Polski rolnik żyje z tego, co administracja unijna zabierze w postaci podatku unijnym podatnikom. Jest to polityka przelewania z próżnego w puste. Jedynym prawdziwym jej beneficjantem jest unijny urzędnik, który dzięki CAP ma władzę i stanowisko.

Przypisani do ziemi

Na pytanie, co by zrobili, gdyby dopłat nie było, przeciętny polski rolnik odpowie: sprzedałbym ziemię i poszedł do miasta. Nie robi tego, bo jest do ziemi przypisany.
 W Polsce na wsi mieszka około 38 procent ludności kraju, a z tego 2/3 pracuje w rolnictwie. Udział  rolnictwa w PKB jeszcze w 1996 roku wynosił 7 procent, by dziesięć lat później zmaleć do 4,4 procent. Co prawda nie wszyscy mieszkańcy wsi pracują w rolnictwie, przyjąć jednak można, że co czwarty Polak z uprawy czy hodowli jednak żyje. Znaczy to, że 25 procent ludzi wytwarza tylko 4,4 procent produktu narodowego, sześć razy mniej niż średnia krajowa. Z punktu widzenia całej gospodarki jest to ogromne marnotrawstwo kapitału ludzkiego, ziemi i maszyn. Mądry rząd powinien prowadzić politykę zachęcającą, czy wręcz wymuszającą przenoszenie się pracujących w rolnictwie ze wsi do miast. W Stanach Zjednoczonych, sto lat temu w rolnictwie pracowało blisko 55 procent ludności, czyli ok. 95 milionów obywateli. Ale tam wolny rynek był rzeczywistością a nie deklaracją, więc nikt tym ludziom nie pomagał. W rezultacie, z roli – jeśli użyć takiego romantycznego określenia – żyje dzisiaj w USA zaledwie 1,5 procent obywateli. Reszta poszła do przemysłu, technologii, administracji i usług. To dzięki masowemu przejściu pracowników z rolnictwa do nowoczesnych dziedzin gospodarki Stany Zjednoczone w krótkim czasie stały się mocarstwem światowym.
 U nas robi się wszystko, aby ludzi od porzucenia rolnictwa zniechęcać. Gdyby chłopi odeszli, premier Pawlak musiałby się wziąć do normalnej roboty, a poseł Wojciechowski przestać latać klasą biznes na sesje do Brukseli. Odejść musiałby cały PSL, a wraz z nim masa agencji, agencyjek, giełd, funduszy i innych instytucji żyjących kosztem rolnictwa. I dlatego polski chłop jest na rolnictwo skazany. Z jednej strony trzymają go przy nim CAP i dopłaty unijne, przywileje podatkowe i finansowane przez państwo ubezpieczenie KRUS, częściowo także regulacje utrudniające wolny obrót ziemią, z drugiej zaś wysokie koszty pracy w sektorze pozarolniczym, na swoim.
 Józef W. z okolic Ustrzyk w Bieszczadach jest z zawodu i zamiłowania cieślą, stolarzem, marzy o własnym warsztacie stolarskim, na którym mógłbym robić krzesła, zarabiając w ten sposób na godziwe życie swoje i swojej rodziny, ale mu szkoda kilkunastu tysięcy złotych dopłat rocznie, nie mówiąc o strachu przed przeprowadzką do miasta. Kompletna zmiana sposobu życia wiąże się u W. z koniecznością sprzedaży gospodarstwa (13,5 ha, domu, stajni) i kupna mieszkania w mieście. Może za to wszystko otrzymać ok. 400 tysięcy złotych, a więc tyle ile kosztować go będzie mieszkanie i warsztat. Nie zostanie mu żadna rezerwa, straci „bezpieczne” źródło europejskiej gotówki, nie dostanie kredytu i będzie musiał płacić podatek PIT, ZUS zamiast KRUS-u i to bez względu na to, jak mu interesy pójdą i kiedy pojawi się zarobek. Siedzi więc w swojej dziurze i wegetuje i dlatego ja już od trzech lat szukam stolarza, który by mi zbudował i zainstalował półki i garderobę i znaleźć nie mogę.

Spisek Zachodu?

Krytycy dopłat unijnych są zdania, że CAP to spisek mający na celu zniszczenie polskiego rolnictwa. I trudno im się dziwić. Jeśli program rolno – środowiskowy, w ramach którego rolnicy otrzymują brutto blisko 1500 zł od każdego hektara ziemi, którą za te pieniądze mają (praktycznie) pozostawić odłogiem, kosząc dla formalności dwa razy w roku, w lipcu i w sierpniu. Nie dość, że zbiory trawy miesiąc po miesiącu nie mają sensu, to na dodatek wyjaławia się w ten sposób glebę i marnuje ludzką pracę. W wielu rejonach nawet te niewielkie ilości siana, jakie jest tam produkowane nie znajdują nabywców. Wokół wszyscy mają siano, a mało kto posiada bydło. Wyłącza się w ten sposób ziemię z produkcji, nie wyłączając z niej ludzi. Tysiące hektarów żyznych gruntów obrabia się niepotrzebnie. To ogromne marnotrawstwo kapitału, czasu i ludzkiej pracy!
 W XVII wieku Oliver Cromwell finansował potop szwedzki, który miał zniszczyć polskie rolnictwo, największego konkurenta Anglii na ówczesnych rynkach żywności. Dzisiaj w białych rękawiczkach, bez rozlewu krwi robi to samo Komisja Europejska pod pozorem pomocy dla rolnictwa. W obu przypadkach efekt jest identyczny; cierpi polska gospodarka, która zamiast się unowocześniać i uniezależniać od rolnictwa, zakotwiczona zostaje na długie lata w półfeudalnym systemie, gdzieś między trójpolówką a partyjno-rządowy dworem. Czy trudno się potem dziwić, że żywność drożeje, jej jakość spada, a bezrobocie rośnie?
 Najgorsze jest jednak to, że – godząc się na jałmużnę od Unii Europejskiej – my sami wybraliśmy sobie taki los. Żadne, nawet chwilowe zyski, nowa plazma czy opel astra nie uzasadniają takiej krótkowzroczności. Przekonamy się o tym boleśnie, już niedługo.
Jan M Fijor
www.fijor.com

Tags: na drugi rzut oka